Krzysztof Lutowski
Ognisko
Byłem wtedy dużo, dużo młodszy.

Odgrodzeni od świata
wysokimi średniowiecznymi murami pozbawionymi dachu, rozbiliśmy dwa
namioty. Trzech chłopaków, trzy dziewczyny – siódme miało być
ognisko. Rozpaliliśmy je z nadejściem zmierzchu i wyjaraliśmy w
szóstkę worek haszu i worek skuna. Księżyc w pełni widoczny był
na firmamencie. A wiecie, to były nasze pierwsze doświadczenia z
afgańskim i holenderskim towarem, więc zjaraliśmy się, jakbyśmy
byli na kwasie.
Ależ to był haj!
Wkręciliśmy sobie średniowieczny
klimat, przybierając heroiczne pozy na tle baszty. Ech, durna
młodość...
Kiedy było naprawdę ciemno,
ognisko mocno przygasło, bowiem zapomnieliśmy dorzucić gałęzi.
Siedzieliśmy wokół kompletnie zmuleni przedawkowanym THC.
Nagle w tej ciszy i ciemności coraz głębszej ognisko wybuchło, a
ogień wzniósł się na półtora metra i palił się złowrogo,
jakby ktoś dolał do niego paliwa. Pomyślałem wtedy, że tak
musiał poczuć się Mojżesz, gdy zobaczył gorejący krzak.
Czyli jak?
Ano zamurowany, z rozdziawioną gębą,
niewysłowienie
zdumiony.
Nie wiedzieliśmy cóż mogło
sprawić ten cud? Jedyne co przyszło mi do głowy, to nadprzyrodzona
siła.
Następnie oszaleliśmy.
Każde z osobna pogrążyło się we
własnej bajce, do której inni nie mieli dostępu. Dziewczyny,
chłopaki, chłopak z dziewczyną, dziewczyny same, same chłopaki.
Mijaliśmy się na ścieżkach wokół ruin, przy ognisku, w pustych
otworach wielkich okien baszty, jak w pustych oczodołach kamiennej
megarzeźby.
Spotykaliśmy się fizycznie i psychicznie na niebezpiecznych
wyłomach muru, wspinając się na nie po wyrwach w ceglanych
ścianach.
Niedaleko było małe jeziorko, wokół
krzaki i zarośnięte ścieżki. Zapuszczaliśmy się w te krzaczory,
kopulując jak szaleni, histerycznie odurzeni. Jeden z kolegów
złapał dziwną fazę. Poruszał się wolno, sztywnym, połamanym
krokiem, niczym zombi. W ręku trzymał nóż i... cóż, bezgłośnie
zbliżał się, jakby szukał ofiary. Nikt nie chciał się
przekonać, czy rzeczywiście jest w stanie dźgnąć tą kosą.
Zaczęło nas to niepokoić,
irytować, bo wszelkie próby perswazji, powstrzymania jego mrocznych
zapędów, spełzły na niczym. Staraliśmy się trzymać od niego z
daleka, choć wszędzie było blisko... Wtem usłyszeliśmy krzyk
jednej z dziewcząt, która, jak się za chwilę okazało,
spółkowała w krzakach z jednym z nas.
Ten, który przemienił się w
zombi, naprawdę lub na niby, dotarł na tyle blisko, że
niezauważony zamachnął się nożem na parę splecioną w uścisku. Dziewczę było na górze, leżąc na plecach na partnerze. Nóż
rozciął jej pierś w poprzek sutka, na długość kilku
centymetrów, nie za głęboko. Jej kochanek zadziałał
instynktownie niczym zwierz. Jak to bywało od zarania, na agresję
zareagował agresją, na zagrożenie – instynktownym atakiem.
Niestety, rzucił się z gołymi rękoma, na ręce uzbrojone.
Nóż został użyty po raz wtóry,
tym razem na nagim gardle. Niespełniony kochanek charcząc padł na
naszych oczach, z erekcją, rozumiecie? Z ciągle sztywnym fiutem.
Zombiak ruszył w stronę
zakrwawionej dziewczyny, chcąc ją ponownie ugodzić. Ona zdążyła
już dobiec do naszej grupki, wyrzucając z siebie strzępy
informacji o tym, co zaszło. A skurwiel zombiak człapał w naszą
stronę tym swoim sztywniackim marszem.
Musieliśmy coś zrobić.
Złapałem spory kamień i rzuciłem,
trafiając go centralnie w łeb. Głowa mu odskoczyła, ale nie
zatrzymał się nawet na sekundę. Wykorzystując przewagę w
szybkości, uciekliśmy w stronę namiotów i plecaków, dając sobie
chwilę na ustalenie planu.
Pozostałem ja i trzy dziewczyny.
Objąłem przywództwo, miałem plan.
Na szczęście w bagażach mieliśmy
też własne noże.
Wspięliśmy się na podwyższenie
przy wejściu do baszty. Stamtąd chcieliśmy zaskoczyć i
obezwładnić zombiego. Plan był taki by go związać i zostawić do
wytrzeźwienia. Znaczy żywiliśmy się taką
nadzieją, że rano mu przejdzie, nie myśląc w tej chwili o tym,
jak wybrniemy z tej sytuacji. Bo przecież co najmniej jeden z
naszych kolegów miał nie przeżyć tej nocy.
Zombie przyczłapał do baszty i
skierował się do jedynego wejścia.
Na umówiony znak skoczyliśmy na
niego z każdej strony.
Walka była zacięta, oprawca był
nadnaturalnie silny, lecz mało precyzyjny.
Niestety, nie czuł bólu, ranił
zarówno mnie, jak i dziewczęta. Zrozumiałem, że nas zabije, że
padniemy od ran, że legniemy wyczerpani, bez sił do dalszej walki.
Będziemy się czołgać, odczołgiwać od śmierci, by zyskać te
kilka minut, jak nakazuje bezrozumny instynkt życia. Wtedy zombi nadejdzie i podobija nas ze swą mechaniczną bezwzględnością.
Co zrobi z ciałami?
Wolałem tego nie wiedzieć.
Ostatnim wysiłkiem woli wbiłem nóż między jego nieobecne oczy.
Walka ustała.
Puściłem rękojeść noża, a
zombi napęczniał i padł na kolana, a potem na twarz,
wprost na twarde, kamienne podłoże. Akurat dysponowałem solidnym,
traperskim nożem, więc ostrze po uderzeniu rękojeścią w ziemię
rozłupało głowę agresora na dwie części krwistego orzecha.
Resztki mózgu i krew bryzgnęły na nasze półnagie ciała.
Dziewczyny były w ostrym szoku,
nawet nie krzyczały, tylko bezgłośnie łkały.
Nasz kolega, z którym jeszcze przed
chwilą paliliśmy zielsko i chodziliśmy do klasy, leżał brutalnie
martwy. A my nie wiedzieliśmy dlaczego...
Gdy się ogarnęliśmy, dla pewności
związałem kończyny trupa i dokładnie odkroiłem resztki głowy od
tułowia. Dla zasady przebiliśmy mu też serce zaostrzonym kijem,
który miał być na kiełbasę.
Wtedy przypomnieliśmy sobie o
koledze z poderżniętym gardłem i pobiegliśmy do niego.
Jeszcze żył, choć właściwie -
kończył umierać.
Zalany krwią miał wydać
ostatnie tchnienie, lecz przywołał nas jeszcze skinieniem dłoni.
Pamiętam to, jak dziś.
Przystawiliśmy uszu jak najbliżej,
a on wyszeptał z trudem: – Słuchajcie, co mu odjebało? – I
umarł. Nie zyskawszy odpowiedzi na trawiące go pytanie.
Mieliśmy dwa trupy, no i zrobiło
się dziwnie.
Czułem jak coś się we mnie
zmienia, coś w rodzaju nadchodzącego zewu krwi, aż mi ślina
pociekła. Nie było wątpliwości, mieliśmy dwa trupy. „Powinienem
chyba przemienić się w wilkołaka, jak Jacek Nicholson w Wilku” – zdążyłem pomyśleć i...
Oszaleliśmy po raz wtóry.
Cieszyliśmy się, jak opętane
dzieci.
Zrzuciliśmy resztki ubrań.
Hasaliśmy umazani we krwi, czując w
sobie pierwotną moc, która w tym szale pozwalała nam skakać po
ścianach baszty, osiągając niezwykłą przyczepność. Kopulowaliśmy na zimnych cegłach, zawieszeni wysoko nad ziemią, a
nawet w locie, jak pytołak i sukołacze. A poniżej dwa trupy.
*
Zacząłem się histerycznie śmiać.
Sukołacze patrzyły na mnie pytająco. A ja wyłem ze śmiechu i
próbowałem im tłumaczyć: – Dzie...wczy...ny, dzie...wczy...ny,
wszystko już rozumiem. Hahahaha – nie mogłem przestać. – Pół
godziny wcześniej wrzuciłem do ogniska zapalniczkę.
Sukołacze jakby zwiędły. Patrzyły
na mnie bezrozumnie, a ja kulałem się po trawie trzymając za
brzuch. Brzuch bolał. Dobrą minutę trwało, aż się uspokoiłem i
przestałem tarzać w konwulsjach, a mięśnie brzucha wróciły do
normy.
Wydałem westchnienie.
Mieliśmy dwa trupy.
Świtało.
*
Dziewczyny patrzyły na mnie,
podniosłem się, patrzyłem na dziewczyny.
– A więc… nie było żadnej
magii? – wydukała jedna.
– Nie wiem – odpowiedziałem i
przyjrzałem się im w pierwszych promieniach nowego letniego
poranka. Popatrzyłem na swoje ręce, które miały być po łokcie
zbrukane krwią. Były po łokcie uwalone błotem. Sukołacze też
były uwalone ziemią i błotem, wszędzie, roznegliżowane, w
poszarpanej odzieży.
Stałem w samych gaciach, podobnie
jak one cały w ziemi i błocie.
Bez słowa podbiegliśmy tam, gdzie
obrabiałem łeb zombiakowi.
Nasz kolega związany chrapał w
najlepsze, jak parowa lokomotywa. Obok leżała butelka po tanim winie.
Laski pobiegły do drugiego trupa. Ja
zostałem przy zombiaku. Nie chciało mi się nigdzie iść. Poczułem
się bardzo zmęczony. Przysiadłem sobie z boczku, wziąłem do ręki
patyk i mamrocząc coś pod nosem rysowałem kółeczka na piasku.
Większe i mniejsze, mniejsze i
większe.
Koniec