Opowiadania "Ognisko" oraz "Gracz" wraz z dyskusją Wiktora Żwikiewicza, Marka Żelkowskiego i Tomasza Fąsa. Zaczynają się od 2:06:20. Ale polecam też całą audycję i opowiadania innych autorów.
1. 33 wiersze 2. Ranoc 3. Czytając poetów przeklętych 4. Zeszyty 5. Upały - opowiadania.
piątek, 18 października 2019
niedziela, 29 września 2019
Ognisko - opowiadanie
Krzysztof Lutowski
Ognisko
Byłem wtedy dużo, dużo młodszy.

Odgrodzeni od świata
wysokimi średniowiecznymi murami pozbawionymi dachu, rozbiliśmy dwa
namioty. Trzech chłopaków, trzy dziewczyny – siódme miało być
ognisko. Rozpaliliśmy je z nadejściem zmierzchu i wyjaraliśmy w
szóstkę worek haszu i worek skuna. Księżyc w pełni widoczny był
na firmamencie. A wiecie, to były nasze pierwsze doświadczenia z
afgańskim i holenderskim towarem, więc zjaraliśmy się, jakbyśmy
byli na kwasie.
Ależ to był haj!
Wkręciliśmy sobie średniowieczny
klimat, przybierając heroiczne pozy na tle baszty. Ech, durna
młodość...
Kiedy było naprawdę ciemno,
ognisko mocno przygasło, bowiem zapomnieliśmy dorzucić gałęzi.
Siedzieliśmy wokół kompletnie zmuleni przedawkowanym THC.
Nagle w tej ciszy i ciemności coraz głębszej ognisko wybuchło, a
ogień wzniósł się na półtora metra i palił się złowrogo,
jakby ktoś dolał do niego paliwa. Pomyślałem wtedy, że tak
musiał poczuć się Mojżesz, gdy zobaczył gorejący krzak.
Czyli jak?
Ano zamurowany, z rozdziawioną gębą,
niewysłowienie
zdumiony.
Nie wiedzieliśmy cóż mogło
sprawić ten cud? Jedyne co przyszło mi do głowy, to nadprzyrodzona
siła.
Następnie oszaleliśmy.
Każde z osobna pogrążyło się we
własnej bajce, do której inni nie mieli dostępu. Dziewczyny,
chłopaki, chłopak z dziewczyną, dziewczyny same, same chłopaki.
Mijaliśmy się na ścieżkach wokół ruin, przy ognisku, w pustych
otworach wielkich okien baszty, jak w pustych oczodołach kamiennej
megarzeźby.
Spotykaliśmy się fizycznie i psychicznie na niebezpiecznych
wyłomach muru, wspinając się na nie po wyrwach w ceglanych
ścianach.
Niedaleko było małe jeziorko, wokół
krzaki i zarośnięte ścieżki. Zapuszczaliśmy się w te krzaczory,
kopulując jak szaleni, histerycznie odurzeni. Jeden z kolegów
złapał dziwną fazę. Poruszał się wolno, sztywnym, połamanym
krokiem, niczym zombi. W ręku trzymał nóż i... cóż, bezgłośnie
zbliżał się, jakby szukał ofiary. Nikt nie chciał się
przekonać, czy rzeczywiście jest w stanie dźgnąć tą kosą.
Zaczęło nas to niepokoić,
irytować, bo wszelkie próby perswazji, powstrzymania jego mrocznych
zapędów, spełzły na niczym. Staraliśmy się trzymać od niego z
daleka, choć wszędzie było blisko... Wtem usłyszeliśmy krzyk
jednej z dziewcząt, która, jak się za chwilę okazało,
spółkowała w krzakach z jednym z nas.
Ten, który przemienił się w
zombi, naprawdę lub na niby, dotarł na tyle blisko, że
niezauważony zamachnął się nożem na parę splecioną w uścisku. Dziewczę było na górze, leżąc na plecach na partnerze. Nóż
rozciął jej pierś w poprzek sutka, na długość kilku
centymetrów, nie za głęboko. Jej kochanek zadziałał
instynktownie niczym zwierz. Jak to bywało od zarania, na agresję
zareagował agresją, na zagrożenie – instynktownym atakiem.
Niestety, rzucił się z gołymi rękoma, na ręce uzbrojone.
Nóż został użyty po raz wtóry,
tym razem na nagim gardle. Niespełniony kochanek charcząc padł na
naszych oczach, z erekcją, rozumiecie? Z ciągle sztywnym fiutem.
Zombiak ruszył w stronę
zakrwawionej dziewczyny, chcąc ją ponownie ugodzić. Ona zdążyła
już dobiec do naszej grupki, wyrzucając z siebie strzępy
informacji o tym, co zaszło. A skurwiel zombiak człapał w naszą
stronę tym swoim sztywniackim marszem.
Musieliśmy coś zrobić.
Złapałem spory kamień i rzuciłem,
trafiając go centralnie w łeb. Głowa mu odskoczyła, ale nie
zatrzymał się nawet na sekundę. Wykorzystując przewagę w
szybkości, uciekliśmy w stronę namiotów i plecaków, dając sobie
chwilę na ustalenie planu.
Pozostałem ja i trzy dziewczyny.
Objąłem przywództwo, miałem plan.
Na szczęście w bagażach mieliśmy
też własne noże.
Wspięliśmy się na podwyższenie
przy wejściu do baszty. Stamtąd chcieliśmy zaskoczyć i
obezwładnić zombiego. Plan był taki by go związać i zostawić do
wytrzeźwienia. Znaczy żywiliśmy się taką
nadzieją, że rano mu przejdzie, nie myśląc w tej chwili o tym,
jak wybrniemy z tej sytuacji. Bo przecież co najmniej jeden z
naszych kolegów miał nie przeżyć tej nocy.
Zombie przyczłapał do baszty i
skierował się do jedynego wejścia.
Na umówiony znak skoczyliśmy na
niego z każdej strony.
Walka była zacięta, oprawca był
nadnaturalnie silny, lecz mało precyzyjny.
Niestety, nie czuł bólu, ranił
zarówno mnie, jak i dziewczęta. Zrozumiałem, że nas zabije, że
padniemy od ran, że legniemy wyczerpani, bez sił do dalszej walki.
Będziemy się czołgać, odczołgiwać od śmierci, by zyskać te
kilka minut, jak nakazuje bezrozumny instynkt życia. Wtedy zombi nadejdzie i podobija nas ze swą mechaniczną bezwzględnością.
Co zrobi z ciałami?
Wolałem tego nie wiedzieć.
Ostatnim wysiłkiem woli wbiłem nóż między jego nieobecne oczy.
Walka ustała.
Puściłem rękojeść noża, a
zombi napęczniał i padł na kolana, a potem na twarz,
wprost na twarde, kamienne podłoże. Akurat dysponowałem solidnym,
traperskim nożem, więc ostrze po uderzeniu rękojeścią w ziemię
rozłupało głowę agresora na dwie części krwistego orzecha.
Resztki mózgu i krew bryzgnęły na nasze półnagie ciała.
Dziewczyny były w ostrym szoku,
nawet nie krzyczały, tylko bezgłośnie łkały.
Nasz kolega, z którym jeszcze przed
chwilą paliliśmy zielsko i chodziliśmy do klasy, leżał brutalnie
martwy. A my nie wiedzieliśmy dlaczego...
Gdy się ogarnęliśmy, dla pewności
związałem kończyny trupa i dokładnie odkroiłem resztki głowy od
tułowia. Dla zasady przebiliśmy mu też serce zaostrzonym kijem,
który miał być na kiełbasę.
Wtedy przypomnieliśmy sobie o
koledze z poderżniętym gardłem i pobiegliśmy do niego.
Jeszcze żył, choć właściwie -
kończył umierać.
Zalany krwią miał wydać
ostatnie tchnienie, lecz przywołał nas jeszcze skinieniem dłoni.
Pamiętam to, jak dziś.
Przystawiliśmy uszu jak najbliżej,
a on wyszeptał z trudem: – Słuchajcie, co mu odjebało? – I
umarł. Nie zyskawszy odpowiedzi na trawiące go pytanie.
Mieliśmy dwa trupy, no i zrobiło
się dziwnie.
Czułem jak coś się we mnie
zmienia, coś w rodzaju nadchodzącego zewu krwi, aż mi ślina
pociekła. Nie było wątpliwości, mieliśmy dwa trupy. „Powinienem
chyba przemienić się w wilkołaka, jak Jacek Nicholson w Wilku” – zdążyłem pomyśleć i...
Oszaleliśmy po raz wtóry.
Cieszyliśmy się, jak opętane
dzieci.
Zrzuciliśmy resztki ubrań.
Hasaliśmy umazani we krwi, czując w
sobie pierwotną moc, która w tym szale pozwalała nam skakać po
ścianach baszty, osiągając niezwykłą przyczepność. Kopulowaliśmy na zimnych cegłach, zawieszeni wysoko nad ziemią, a
nawet w locie, jak pytołak i sukołacze. A poniżej dwa trupy.
*
Zacząłem się histerycznie śmiać.
Sukołacze patrzyły na mnie pytająco. A ja wyłem ze śmiechu i
próbowałem im tłumaczyć: – Dzie...wczy...ny, dzie...wczy...ny,
wszystko już rozumiem. Hahahaha – nie mogłem przestać. – Pół
godziny wcześniej wrzuciłem do ogniska zapalniczkę.
Sukołacze jakby zwiędły. Patrzyły
na mnie bezrozumnie, a ja kulałem się po trawie trzymając za
brzuch. Brzuch bolał. Dobrą minutę trwało, aż się uspokoiłem i
przestałem tarzać w konwulsjach, a mięśnie brzucha wróciły do
normy.
Wydałem westchnienie.
Mieliśmy dwa trupy.
Świtało.
*
Dziewczyny patrzyły na mnie,
podniosłem się, patrzyłem na dziewczyny.
– A więc… nie było żadnej
magii? – wydukała jedna.
– Nie wiem – odpowiedziałem i
przyjrzałem się im w pierwszych promieniach nowego letniego
poranka. Popatrzyłem na swoje ręce, które miały być po łokcie
zbrukane krwią. Były po łokcie uwalone błotem. Sukołacze też
były uwalone ziemią i błotem, wszędzie, roznegliżowane, w
poszarpanej odzieży.
Stałem w samych gaciach, podobnie
jak one cały w ziemi i błocie.
Bez słowa podbiegliśmy tam, gdzie
obrabiałem łeb zombiakowi.
Nasz kolega związany chrapał w
najlepsze, jak parowa lokomotywa. Obok leżała butelka po tanim winie.
Laski pobiegły do drugiego trupa. Ja
zostałem przy zombiaku. Nie chciało mi się nigdzie iść. Poczułem
się bardzo zmęczony. Przysiadłem sobie z boczku, wziąłem do ręki
patyk i mamrocząc coś pod nosem rysowałem kółeczka na piasku.
Większe i mniejsze, mniejsze i
większe.
Koniec
piątek, 20 września 2019
Opowiadanie "Krzyś i Tomek" - wersja audio w audycji ABW Antologia Bibliotekarium Warsztaty
Opowiadanie Krzyś i Tomek wraz z dyskusją Wiktora Żwikiewicza, Marka Żelkowskiego i Tomasza Fąsa. Zaczyna się od 1:14:46. Ale polecam też całą audycję i opowiadania innych autorów.
poniedziałek, 9 września 2019
GRACZ - opowiadanie
Krzysztof
Lutowski
GRACZ
Wysoki,
szczupły, z krótko przystrzyżonymi blond włosami. Jak miliony Polaków jest zarobkowym emigrantem.
Od
życia nie oczekuje wiele. Za sobą ma dwa nieudane małżeństwa,
nastoletnią córkę, niezbyt udane życie zawodowe pozostawione w
Polsce oraz długi alimentacyjne. Ot, zwykły pogmatwany człowieczy
los.
Poza
tym, że to osobnik pogubiony i chaotyczny, jest poczciwy, uczciwy i
po prostu dobry. Nie zazdrości, nie nienawidzi, przyjmuje swój
krzyż z pokorą i go niesie. Dobrzański wyróżnia się za to
nieprzeciętną inteligencją – jest szeroko oczytany i literacko
utalentowany. Napisał mnóstwo całkiem przyzwoitych wierszy,
walających się po czeluściach jego twardego dysku. Pozaczynał też
sporo opowiadań i powieści, jednak nigdy nic nie ukończył. Zwykle
porzucał pisanie prędzej lub później, mając napisane więcej lub
mniej. Wrodzona chaotyczność i nieumiejętność trzymania się
celu, nie pozwalała mu ukończyć czegokolwiek, co miało dłuższą
formę niż wiersz. Słowem, kompletna maniana. Ale nawet to
przyjmował z pokorą, co jakiś czas zaczynając kolejny tekst,
wiedząc, że nigdy go nie ukończy. W końcu Teofil stał się
mistrzem w zaczynaniu od nowa.
Tu
w Anglii nasz Dobrzański prowadzi życie proste i niezbyt wyszukane.
Przez cztery lata mieszkał w Londynie w kilku dzielnicach. Przez
pewien czas był nawet bezdomnym mieszkającym na squocie. Następnie
za pewną kobietą, z którą ostatecznie też mu nie wyszło,
przyjechał do Reading pod Londynem, gdzie osiadł i mieszka już od
ponad roku.
W
Londynie zazwyczaj dużo pracował, bo takie jest to miasto. Wysysa z
człowieka każdą godzinę. Musisz dużo pracować, bo inaczej nie
opłacisz mieszkania w horrendalnych cenach, transportu i wszystkiego
co wiąże się z życiem. W najdroższym mieście na świecie trzeba
ostro zapierdalać, by móc w nim mieszkać.
Dobrzański
pracował w kuchniach, jako tzw. kitchen porter, czyli po polsku
pomoc kuchenna, a właściwie to pomywacz.
Jest
to robota ciężka i niewdzięczna – najniższe stanowisko
kuchenne. Kitchen porter pierwszy do kuchni przychodzi i ostatni
wychodzi. Zanim zacznie się robota, musi wszystko przygotować, a
kiedy dzień restauracji się kończy, kucharze idą już do domu, a
kitchen porter musi wszystko posprzątać, wymienić worki w
śmietnikach, pomyć kuchenne stoły, podłogę i cholera wie co
jeszcze.
W
sezonie taki pracownik może pracować nawet od 7 do 23. I Teofil
niejednokrotnie tak pracował. Jednak po przeprowadzce do Reading,
gdzie życie jest nieco tańsze, a tempo wolniejsze, Teofil, choć
nadal był tylko kitchen porterem, to początkowo, gdy jeszcze był z
kobietą, za którą tu przyjechał, pracował tylko na pół etatu.
Oczywiście z wyboru. Gdy z kobietą się rozstał, po krótkim i
burzliwym związku, w którym bili się trzy razy, co zwykł
podkreślać, pracował osiem godzin dziennie. Tyle mu wystarczało
by opłacić skromny pokój, kupić jedzenie, alkohol, trawkę,
czasami jakąś kreskę dla urozmaicenia nudnego żywota. I żył tak
sobie nasz Teofil, a oprócz ciderów, które lubił popijać,
trawki, którą palił w zasadzie codziennie i kokainy, którą
używał sporadycznie, Teofil miał jeszcze jedną słabość – a
był nią hazard.
Nie
było to jakieś straszne granie, takie jak w filmach o
hazardzistach. Nie przegrał jak dotąd żadnej fortuny, ani nie
musiał pożyczać pieniędzy od mafii chcąc się odegrać; nie
popadł w długi, nie ścigali go wierzyciele. A jednak Dobrzański
grał. Grał codziennie. Obstawiał mecze piłkarskie przez internet
oraz wpadał do jednego z licznych kasyn w Reading, gdzie stawiał
nieduże kwoty na ruletce. Żetony kładł zwykle na czerwone lub
czarne, wygrywał lub przegrywał i zazwyczaj szybko wychodził.
Tak
więc, jak widzimy, Teofil był raczej rozsądnym hazardzistą.
Mecze
piłkarskie natomiast obstawiał w oparciu o jakąś tam wiedzę o
sporcie, robiąc wcześniej odpowiedni research, dlatego udawało mu
się często wygrywać i jak twierdził – był na meczach na
plusie.
Co
do ruletki, to Teofil zachowywał daleko idący rozsądek, a jako że
ruletka jest grą stosunkowo sprawiedliwą, co znaczy, że kasyno ma
niewielką przewagę nad graczem, nic strasznego się z jego
pieniędzmi nie działo. Ot, raz przegrał, raz wygrał, nawet nie
wiedział, czy był do przodu, czy do tyłu, a nawet jeśli był na
minusie w rulecie, nie oznaczało to tragedii.
Inną fascynacją naszego bohatera był buddyzm. Teofil w duchu był
buddystą i choć jak wszystko w jego życiu – chaotyczne i
pogmatwane – to od czasu do czasu, bardziej lub mniej; starał się
praktykować buddyjską medytację.
Pewnego
dnia pod wpływem ciderów, marihuany i kokainy, Teofil wpadł na
genialny – jak sam osądził – pomysł. Otóż postanowił
wykonać eksperyment duchowy. Wymyślił, że wykona medytację w
intencji wygranej w ruletkę, składając przy tym obietnicę, że
wygraną podzieli się z potrzebującym pilnie gotówki kumplem z
Londynu oraz z bezdomnym; pierwszym którego napotka po wyjściu z
kasyna.
W
centrum Reading nie było o bezdomnych trudno, podobnie jak w
Londynie. Wielu bezdomnych można było spotkać na ulicach
angielskich miast, bowiem w Wielkiej Brytanii nie są oni przeganiani
z ulic. Można ich spotkać nawet w centralnym Londynie, kiedy pod
luksusowym biurowcem ze szkła i stali, sięgającym kilkunastu lub
więcej pięter, śpi sobie taki z całym tabunem bagażów,
śpiworów, a nawet z własnym psem na sznurku. To zwykły widok w
UK, spotkać bezdomnego w tymczasowym domku z kartonów i koców.
*
Teofil
w całej dziwności swej osobowości wierzył, że jest oświecony,
jak buddyjscy mnisi. Jakoś nie zrażało go, że mnisi w Tybecie
poświęcali całe życie na medytacje i inną praktykę duchową i
tylko nieliczni z nich nazywali siebie oświeconymi. Teofil uważał,
że oświecenie to nic trudnego i on taki właśnie jest, więc
uwierzył też, że medytacją potrafi sprawić, by rzeczywistość
nagięła się pod niego i pozwoliła mu wygrywać kasiorę na
ruletce za każdym razem, o ile tylko podzieli się kasą z
potrzebującymi.
Taki
Robin Hood rulety.
*
Po
pół godzinnej medytacji, wykonanej na całkiem niezłym haju,
Teofil założył skórzaną czarną kurtkę i wyszedł na ulicę.
Swe kroki skierował na Friar Street w centrum Reading, gdzie
znajdowało się jedno z kasyn.
Wewnątrz
wymienił skromnie 10 funtów na żeton i podszedł do ruletki.
W
dzień powszedni w kasynie było niewiele osób, zresztą Teofil się
nie rozglądał. Położył swój żeton na czerwone i ruleta poszła
w ruch. Po dwudziestu paru hipnotycznych sekundach, kulka zamarła na
czerwonym.
Teofil
wygrał 10 funtów.
Zgarnął
dwa żetony – miał teraz 20 funtów.
Przeczekał
jedną grę, a w kolejnej położył, tym razem oba żetony, znów na
czerwone i… kulka ponownie usadowiła się w slocie oznaczonym
kolorem czerwonym. Teofil miał już 40 funtów w żetonach. Tym
razem odczekał dwie gry, zastanawiając się na co postawić i...
kolejną obstawił wszystkimi żetonami czarne i… wypadło czarne
ku radości Teosia. Wcześniej postanowił, że zagra trzy razy jeśli
będzie wygrywał i odejdzie od stołu. I tak właśnie zrobił. Z
uśmiechniętą mordą poszedł wymienić żetony na pieniądze.
Z
10 funtów zrobiło się 80.
Wychodząc
z kasyna rzucił do wielkiego Murzyna w garniturze, który stał na
bramce, niedbałe: – Bye – i poszedł wzdłuż Friar Street z
lekkością motyla, powstrzymując się, by nie podskakiwać niczym
Frank Sinatra, pogwizdując wesołkowatą melodyjkę.
Mijając
bezdomnego, który siedział na ulicy z kartonikiem, na którym było
napisane: „change please”, wrzucił do kapelusza 10 funtów, co
natychmiast ożywiło pogrążonego w letargu brudnego angola z dawno
nie golonym zarostem: – Ou, man, thank you very much. You are good
man, very good man. Many thanks buddy. – Gość się naprawdę
podekscytował, bo rzadko do jego kapelutka wpadał banknot i to od
razu 10 funtowy.
Tymczasem
Teofil w poczuciu dobrze spędzonego czasu wracał do domu, gdzie
zamierzał przelać kumplowi z Londka 25 funtów, tak by cała
wygrana została podzielona na pół.
Zainwestował
10 funtów, które odzyskał i zarobił 70 na górkę, to daje 35 dla
Teofila i 35 dla potrzebujących.
Uczciwie.
*
Teofil
powtarzał operację „Kasyno”, jak ją nazwał, przez cały
pierwszy tydzień. Najpierw medytacja, następnie spacer do kasyna,
trzy gry i „bye” do Murzyna. Nie wysyłał już pieniędzy
swojemu kumplowi do Londynu, ale spacerował po centrum tak długo,
dopóki nie rozdał 35 funtów trzem bezdomnym; dwóm po 10 a
ostatniemu dawał 15 funtów.
Operację
„Kasyno” rozpoczął w poniedziałek, a skończył w sobotę, w
niedzielę natomiast postanowił, że do kasyna chodzić nie będzie.
Wygrał w ten sposób na czysto 420 funtów, co stanowiło nie
najgorszą tygodniówkę w przeciętnej pracy w UK. Z tego 210
przypadało jemu, a drugie tyle bezdomnym, którzy zaczynali go
kochać.
Kolejnego
tygodnia postanowił korzystać z innych domów gry, gdyż pod koniec
poprzedniego zauważył, że gdy wchodzi do kasyna na Friar Street,
obsługa zaczyna się na niego dziwnie patrzeć i dawać sobie znaki
oczami. Był obserwowany. Na ten tydzień wybrał zatem dwa inne
kasyna i grał w nich naprzemiennie od poniedziałku do soboty,
codziennie powtarzając rytuał.
Medytacja,
spacer do kasyna, trzy gry i wypad rozdać kasę bezdomnym. Aby to
nie byli codziennie ci sami, nadkładał drogi zahaczając o Oxford
Road, gdzie wiedział, że na pewno tam jakiegoś spotka. A w
niedzielę odpoczął i do kasyna nie poszedł.
Kolejne
dwa tygodnie kontynuował operację, chodząc do różnych kasyn, co
zabierało więcej czasu, gdyż musiał już drałować także do
lokali bardziej oddalonych od centrum. By
nie spotykać ciągle tych samych bezdomnych, więcej spacerował też
po centrum miasta i Oxford Road, gdzie oprócz żebraków, wieczorami
i nocą, można było spotkać też tanie dziwki, zazwyczaj
narkomanki, polujące na klientów za 20 funtów. Mimo tych wysiłków
odnajdywanie nowych potrzebujących, robiło się coraz
trudniejsze. Nie chciał dawać kasy wiecznie tym samym angolom, bo
tak się składało, że bezdomnymi, których spotykał, byli
przeważnie Anglicy – narkomani i pijacy.
Tak
minęły cztery tygodnie, podczas których Teofil wyjął z ruletki
1680 funtów. Na czysto, po odciągnięciu narzuconego sobie 50
procentowego podatku od wzbogacenia, zarobił 840, co stanowiło
sporą sumkę dodatkową do dochodów jakie czerpał z pracy.
Poczuł
się bogaty.
Sam
nie potrzebował wiele, więc natychmiast przesłał byłej żonie
500 funtów z zaległych alimentów, za które był już ścigany
sądownie. Teofil kochał córkę i płacił ile mógł, ale będąc
kitchen porterem nie mógł liczyć na kokosy.
*
W
kolejnym tygodniu Teofil postanowił zrobić przerwę, by nie
nadużywać… no właśnie, czego? Po miesiącu wygrywania
codziennie trzech gier w ruletkę, mógł już z całą pewnością
powiedzieć, że jego metoda się sprawdzała i nie można tego
wytłumaczyć szczęśliwym zbiegiem okoliczności.
Inna
sprawa, że w lokalach w Reading był już spalony. Nie było już
kasyna, którego nie odwiedził przynajmniej dwa razy, a robiąc
kolejny taki maraton, z pewnością spali się doszczętnie. Nie było też żebraka w Reading, któremu Dobrzański nie dałby
pieniędzy.
Na
kolejny miesiąc wybrał więc pobliskie miasto Slough, gdzie z
Reading jechało się jakieś 25 minut pociągiem. Teofilowi jego
druga praca w kasynach zabierała coraz więcej czasu i kosztowała
go więcej, gdyż musiał teraz opłacić także bilet w obie strony
pociągiem. Spróbował nawet zmienić proporcję rozdawanych
pieniędzy, potrącając sobie koszt biletu, jednak pierwszego dnia
po tym jak to zrobił, niespodziewanie przegrał pierwszą grę.
Zdziwił
się, gdyż była to pierwsza przegrana, odkąd zaczął stosować
swoją metodę. Po namyśle postawił kolejną dychę i znów
przegrał, więc natychmiast wyszedł z kasyna i wrócił do domu
stratny, czując się jakby ktoś lub coś pogroziło mu palcem.
Kolejnego dnia z duszą na ramieniu stawiał pierwszy zakład.
Odetchnął, kiedy znów wygrał trzy gry z rzędu. Pieniądze rozdał
po staremu, czyli fifty fifty. Od tego czasu nic więcej przy tym
rachunku nie kombinował i wygrywał dalej bez zakłóceń.
Po
następnych czterech tygodniach zrobił znów tydzień przerwy, a na
kolejne cztery wybrał miasto Basingstoke. Potem Newbury, kolejny
Farnborough, po czym stwierdził, że po czterech miesiącach może
ponownie wrócić do Reading i zacząć kółko od nowa.
Kolejny
miesiąc w Reading miał być już szóstym miesiącem jego
ruletkowej krucjaty. Przez ten czas Teofil zarobił mniej więcej na
czysto jakieś 4 tysiące funtów. W przeliczeniu na polską kasę
stanowiło to około 20 tysięcy złotych, z czego dobrze sobie żył,
spłacił zaległe alimenty z nawiązką, a także obsypywał swą
nastoletnią córeczkę prezentami. Drugie tyle oczywiście rozdał
bezdomnym. A że tak naprawdę nie były to wielkie kwoty, więc i
żadne z kasyn specjalnie nie zubożało na tym dziwnym procederze,
który niewątpliwie miał poparcie jakichś wyższych sił.
Nie
wiedział jednak, że pomimo ostrożności i tak wzbudził
zainteresowanie ich właścicieli. A wszystko przez to, że
pierwszego tygodnia popełnił kardynalny błąd.
Otóż
jak zapewne pamiętacie, pierwszego tygodnia Teofil chodził tylko do
jednego kasyna i pomimo, że były to nieduże kwoty, to facet, który
wchodzi przez cały tydzień do lokalu o podobnej porze, gra trzy gry
w ruletkę, które wygrywa i zaraz wychodzi rzucając: - Bye - do
Murzyna, natychmiast wpadł w oko zarządzającym przybytkiem. Wygrał
u nich tylko 420 funtów, ale w jaki sposób to zrobił!? Nikt
jeszcze czegoś takiego nie wykonał w tym kasynie, więc musiało to
być jakieś oszustwo.
Władze
kasyna wynajęły detektywa, który przez wszystkie te miesiące
śledził Dobrzańskiego i dokumentował jego wygrane próbując
dociec, jaki rodzaj przekrętu stosował dziwny gracz. Mimo starań,
nie potrafił jednak udowodnić mu oszustwa, bo przecież żadnego
oszustwa nie było. W tej sytuacji kasyno nie miało żadnych
podstaw, by zgłosić sprawę na policję, mimo że działalność
tego gracza wykraczała daleko poza rachunek prawdopodobieństwa.
Teofil
wrócił szóstego miesiąca do lokalu, od którego rozpoczął. Znów
wygrał trzy gry i wyszedł rzucając: - Bye - do Murzyna. Nie
wiedział, że wyszło za nim dwóch innych Murzynów z krótkimi
pałkami za pazuchą.
Gdy
nasz bohater rozdał kasę żebrzącym, którzy natychmiast go
rozpoznali ciesząc się na jego widok, poszedł dalej zatrzymując
się na ławeczce w parku Forbury Gardens, by zapalić skręta.
Śledzący go faceci dopadli go w tym ustronnym o tej porze miejscu i
obili srogo pałkami, waląc Teofila po głowie. A gdy stracił
przytomność, połamali mu tymi pałami nogi, metodycznie skopali
podbitymi blachą buciorami i spokojnie odeszli w noc.
*
Teofil
doszedł jako tako do siebie w Royal Berkshire Hospital na London
Road w Reading. Był pogodny poranek. Od dwóch miesięcy leżał w
szpitalu z połamanymi nogami, od pasa w dół w gipsie, z
zabandażowaną głową, z popękaną czaszką, wybitymi zębami,
złamanym nosem, szczęką oraz wieloma żebrami.
„Na
szczęście nie połamali mi rąk” – pomyślał, logując się ze
swojego laptopa na konto u bukmachera.
koniec
Bydgoszcz
22-23.06.19 (od 21 do 00.40)
sobota, 24 sierpnia 2019
Krzyś i Tomek - opowiadanie
Krzysztof
Lutowski
KRZYŚ
I TOMEK
Krzyś.
Krzyś ma pięć lat. Mieszka z babcią, rodzicami i ciocią z wujem,
którzy jeszcze nie mają dzieci, a wtedy jeszcze nikt nie wie, czy
będą je mieli. Rodzice pracują w Eltrze i Transbudzie. Wujek
studiuje, ciocia uczy się i pracuje. Babcia na rencie po dziadku.
Krzyś chodzi do przedszkola. Dzisiaj nie poszedł.

Krzyś
siedział na ławeczce w podwórku kamienicy, odgrodzonej betonowym
murem i starą bramą z blachy zamkniętą na kłódkę. Podwórko
miało jakieś 150 metrów kwadratowych, w jego lewym rogu stała
rozwalająca się szopa, gdzie grasowały szczury i stał stary
motor. Krzyś siedział na ławeczce pod oknami obok wyjścia na
klatkę schodową i do piwnicy. Machał sobie nóżkami i się
nudził. Obracał w dłoniach kilka niewielkich płytek z
elektrycznymi podzespołami. Rozmyślał o przedszkolu, o swoim
koledze Tomku. Zna go właśnie z przedszkola, trzymają się razem.
Tomek imponuje mu bardzo wprawnym układaniem z drewnianych klocków
wież Eiffla i Babel, sięgających czasem 2 metrów, a także nowymi
kapciami. Też nie lubi tej Aśki, która jest obrzydliwa, kiedy
wciąga do buzi smarki cieknące jej z nosa. Pani wiele razy zwracała
jej uwagę, a ona wciąż to robi.
*
Niedawno,
gdy rozmyślał przed zaśnięciem o Tomku i wieży, jaką razem
ułożyli z klocków, dotarła do niego dziwna myśl. Czuł ją
raczej i nie potrafił zrozumieć, co ze sobą niesie. Jego umysł
doświadczał obecności czegoś nowego, co można było czuć, ale
nie objąć rozumem. Chodziło o rzecz prozaiczną, dlatego też
bardziej odczuwalną. Krzyś za zamkniętymi oczami oglądał obrazki
z życia tomkowej rodziny, ludzi, których nigdy nie widział
naprawdę. To było jednak jakieś prawdziwe życie, bo tak
precyzyjne, że Krzyś mógł obejrzeć różne sytuacje, poczuć
emocje, skomplikowane powiązania, matczyne, ojcowskie, babcine w
rodzinie Tomka. Nie umiał tego powiązać, ale obrazy fascynowały
go. Najbardziej dziwiło go, co rodzice Tomka robią w sypialni. Te
dziwne wygibasy, gimnastyka, zabawki. Długo się temu przyglądał
wczoraj w nocy przy zamkniętych oczach, a kiedy wreszcie zasnął,
to obudził się natychmiast i było już rano. Krzyś poczuł się
dziwnie na wspomnienie tych wszystkich nowych doznań, których
doświadczał w nocy. Coś do niego docierało, a teraz Krzyś musiał
nauczyć się z tym żyć.
Krzyś
wsadził sobie elektryczne płytki do majtek i zaczął chodzić po
podwórku. Płytki przyjemnie uwierały i kłuły. Krzyś spacerował
i odczuwał. Nie wiedział dlaczego włożył je w majtki, jednak
jakiś instynkt tak właśnie kazał mu zrobić. Uczucie było
przyjemne, nie wiedział dlaczego, ale było przyjemne. Przez chwilę
poczuł się jak dziewczynka, choć wcale nie wiedział, jak się
czują dziewczynki, jednak poczuł się dziewczynką i to wiedział.
Wiedział także, że nie powinien tak robić, choć nikt nigdy nie
powiedział mu, że to złe. Nie miał pojęcia dlaczego, ale
wiedział, że powinien wyjąć płytki z majtek, że nikt nie
powinien go na tym przyłapać. Troszeczkę jakby przestraszony
wyciągnął je w końcu i wyrzucił do kubła na śmieci. Usiadł z
powrotem na ławeczce i zastanawiał się dlaczego czuł się jak
dziewczynka, dlaczego kłucie i uwieranie było przyjemne na tyle, że
nie przeszkadzało mu, a wręcz było pożądane.
Kiedy
i tak nie znalazł odpowiedzi, podniósł z ziemi uwalaną w piasku
starą rakietę do tenisa i zaczął wykonywać takie ruchy, jakby
grał na gitarze. Zamknął oczy, dał się ponieść fantazji, że
stoi przed tłumem słuchaczy, którzy są zachwyceni. Usłyszał
muzykę, zapowiedź jego koncertu, w wyobraźni szczególnie
przedłużał moment prezentacji osiągnięć, zasług i tego, jaki
jest wspaniały. Potem zaczął śpiewać. Śpiewał poważnie, nawet
rzewnie, śpiewał jakieś słowa bez znaczeń, choć rozróżniał
pojedyncze wyrazy. Jego śpiew i gra na gitarze stawały się coraz
bardziej żywiołowe, coraz bardziej porywające, wzbudzające
skrajne emocje. Ożywiał się rytm i pieśń porywała do działania,
do życia. Wreszcie zaczął biegać w tańcu po podwórku, jak po
scenie i coraz bardziej szarpać struny swego nieistniejącego
instrumentu.
*
Tomek.
Tomek był zwyczajnym chłopcem, tak się przynajmniej wydawało.
Jednak jego rodzina nie była tak do końca normalna. To dziwne, że
chłopiec rozwijał się w przewidywalny sposób, jak inne dzieci,
nawet przewyższając je stopniem inteligencji, postępów w
rozumieniu świata i nierobieniu siusiu w pościel. Rodzice chłopca
nie byli szczęśliwi. Starali się to skrzętnie ukrywać przed
znajomymi, sąsiadami, nie ukrywali tego jednak przed swym jedynym
synem. Ten jednak rósł zdrowo, jakby wbrew rodzicom, przynajmniej
fizycznie. Psychicznie też nie odbiegał od normy, choć przejawiał
czasem nieco dziwne zachowania. Bywał agresywny, co często
sygnalizowała jego mamie pani w przedszkolu. Mama natomiast biła
czasem Tomka za to, że przynosi jej wstyd. Ale te wybryki nie były
raczej niebezpieczne, ot, troszkę nadpobudliwy, energiczny chłopiec.
Tomek bał się matki, bardziej niż ojca. Matka bowiem miała
tendencje do wyżywania się na chłopcu za swe krzywdy, spieprzone
życie, nieszczęśliwą miłość. Chłopiec nie rozumiał tego, co
się dzieje w jego rodzinie. Był zbyt mały, aby wyciągać wnioski.
Zresztą nie widział nigdy niczego innego, więc skąd miałby
cokolwiek rozumieć? Może gdyby podejrzewał, to uciekłby z domu,
ale i na to był jeszcze za mały. Nie wiedział o co kłócą się
rodzice, patrzył tylko, był świadkiem wydarzeń, jak to, które
miało miejsce dzisiaj.
Ojciec
przyprowadził go po pracy z przedszkola do domu. Matka dała jeść.
Nalała zupy do talerza. Ojciec chodził po kuchni milczący. Nagle
rodzice zaczęli rozmawiać podniesionym głosem. Tomek jadł zupę,
która była dobra, smakowała mu, więc nawet nie przysłuchiwał
się kłótni, która robiła się coraz bardziej ożywiona. Nigdy
nie wiedział dlaczego rodzice się kłócą, a kłócili się
codziennie. Nigdy nie wiedział o co, nawet nie przyszło mu do
głowy, aby tego dociekać. Przecież nie było w tym nic, czemu
należałoby się dziwić i roztrząsać.
Nagle
Tomek podskoczył na krześle, aż łyżka wypadła mu z rąk i
wpadła do zupy, rozchlapując ciecz na białym obrusie. Matka
rzuciła w ojca wielką szpulą białej, jak na ironię, nici. Po
prostu rzuciła tym, co miała pod ręką, gdyby to był nóż, to
rzuciłaby nim. Ojciec uchylił się w porę i wielka szpula nie
uderzyła w głowę, lecz w szklaną szybę drzwi, rozbijając ją i
lądując w przedpokoju na wazonie z kwiatami, które matka zawsze
lubiła i trzymała w wielu miejscach domu.
–
Ty jesteś pojebana – ojciec w takich chwilach mówił to z
przejęciem, ze strachem i mimo siły wyrazu tego, co mówił, chciał
raczej zażegnać konflikt i jeśli wytrzymywał nerwowo, to oddalał
się pośpiesznie do drugiego pokoju.
*
Matka
leżała na podłodze, oparta o łóżko i trzęsła się w
drgawkach. Brała wtedy krople, chyba na serce, albo na uspokojenie i
po jakimś czasie dochodziła do siebie. Tym razem nie zdążyła,
gdyż ojciec wrócił do pokoju, stanął w otwartych drzwiach.
–
A teraz się trzęsie, idiotka - matka leżała, ale trzęsła się
już coraz mniej - Idiotka z pojebanego domu. Twoja matka też się
tak trzęsła!
–
Ty skurwysynu! Ty skurwysynu! - powtarzała matka.
–
Moja matka nie była kurwą. Może twoja? - ojciec dolewał oliwy do
ognia.
–
Ty gnoju skurwysyński. Ta kobieta tyle ci dała. Ty chamie. - Ojciec
podbiegł wściekły do matki z zaciśniętymi pięściami. Złapał
ją za włosy i ściągnął do parteru. Leżała teraz na dywanie
rozciągnięta na całą długość. Ojciec puścił jej włosy,
jakby się opamiętał. Stał nad nią, jakby zastanawiał się, co
robi. Po chwili kopnął ją trzy razy w plecy, nie za mocno, jakby
nie chcąc za bardzo zrobić jej krzywdy. Później wyszedł, a matka
trzęsła się jeszcze długo.
Tomek
krzyczał i płakał. Teraz dopiero przestał. Podbiegł do matki,
przytulił ją i pocieszał, że wszystko będzie dobrze, że mamusiu
już spokojnie. Im matka bardziej się trzęsła, tym mocniej ją
przytulał. I nic nie rozumiał.
*
–
Aaaaaaaaaaaaaaaaaa!
–
Co się drzesz?! – zezłościł się Krzyś na Tomka, który wbiegł
na podwórko wrzeszcząc i biegając, jak oszalały. Tomek zatrzymał
się i zamknął, ale za moment z krzykiem na ustach podniósł
leżący w piasku kij i podbiegł do ogrodzenia. Okładał je tak
długo, aż patyk się złamał i wisiał na włosku, jak na żyłce
wędki.
–
Chodźmy na ulicę – powiedział do Krzyśka rzucając ze złością
patyk ponad betonowe ogrodzenie.
–
Nie wolno mi chodzić na ulicę.
–
Co ty, co ci nie wolno? Jesteś w naszej bandzie, czy nie? My się
nikogo nie boimy, nawet ulicy.
–
Moja babcia mnie dzisiaj nie wypuściła. Zwiałem jej - pochwalił
się Krzyś.
–
Ja, ja, ty zwiałeś – powątpiewał Tomek. – Jesteś za cienki –
prowokował.
–
A ty za głupi - odciął się Krzyś obrażony.
–
To jak? Idziesz mięczaku? – Krzyś zamyślił się. Trochę się
obawiał pójść z Tomkiem, gdyż rzeczywiście miał dziś
zabronione nie tylko wychodzenie na ulicę (co oczywiste), ale i z
domu. Kiedy ciocia z wujem wyszli, miał zapowiedziane, że nie może
nigdzie wychodzić i ma zostać z babcią, która nie czuła się
najlepiej. Jednak Krzyś chciał koniecznie wyjść, pobawić się,
ale babcia była nieugięta. Krzyś nie rozumiał dlaczego miałby
siedzieć w domu i nie wyjść sobie na podwórko, które przecież
nie było nigdzie daleko, lecz dokładnie pod oknami. Jeżeli babcia
obawiała się o niego, to i tak mogła mieć go cały czas na oku.
Tak więc Krzyś postawił się i skorzystał ze swego nowego
odkrycia. Mianowicie spostrzegł, że zamek zasuwkowy przy drzwiach
dawał się otworzyć od wewnątrz, bez pomocy klucza – po prostu
przekręcając. Wypróbował to w praktyce i drzwi rzeczywiście dały
się otworzyć. Ucieszył się. Babcia jednak stała już w drzwiach
do przedpokoju, kuląc się wpół i trzymając za brzuch.
–
Co robisz cholero?
–
Ja chcę iść na podwórko.
–
Zostań w domu, powiedziałam! – Babcia miała coraz straszniejszy
grymas bólu na twarzy. Krzyś przeżywał rozterki, ale w podjęciu
decyzji, jaką podjąłby grzeczny chłopiec przeszkadzało mu to, że
choć usilnie się starał, to nie mógł wytłumaczyć sobie w żaden
sposób, dlaczego zakazano mu podwórka, które przecież nie było
żadną ulicą, ani niczym wielkim. Przecież babcia i tak będzie
patrzyła przez okno. Postanowił więc pójść. Zamknął za sobą
drzwi i zbiegł szybko po schodach.
Teraz
miał kolejny dylemat, ponieważ wiedział, że nadużył swojej
wolności, bodaj po raz pierwszy na tak dużą skalę. Jeszcze nigdy
sam nie otworzył drzwi i sprzeciwiając się woli starszego nie
wyszedł na podwórko. Wyprawa na ulicę byłaby kolejnym poważnym
nadużyciem, zważywszy, że babcia nie będzie go widziała i
domyśli się, gdzie poszedł.
Ale
poszedł. Przeważyła chęć zaznania czegoś zakazanego, a także
pokazania Tomkowi, że nie jest mięczakiem. W końcu byli w jednej
bandzie i należało wykazać się odwagą, a wyjście z
bezpiecznego, ogrodzonego podwórka, na ruchliwą ulicę miasta, to
już było coś.
Niedawno
przecież zdawał egzamin na członka bandy wraz z trzema kolegami z
przedszkola, każdy z nich musiał wejść na podwórko domu, co stoi
blisko przedszkola, przeskakując ogrodzenie i samemu, niezauważonym,
obejść dom dookoła, a potem wrócić do chłopaków z jakimś
trofeum. Aby wykazać się niepospolitą odwagą i zaimponować
kolegom zgłosił się na ochotnika jako pierwszy. I dobrze, bo
faktycznie zrobił wrażenie, a Tomek powiedział, że zrobi go swoim
zastępcą, co było niemałym wyróżnieniem. Aż wyprostował się
z dumy.
*
A
było tak. Podkradł się do ogrodzenia i widząc drogę wolną,
zbytnio się nie wahając, bo przecież kilka metrów dalej, za
krzakami podglądali go koledzy, przelazł przez siatkę. Po drugiej
stronie przykucnął, tu już trzeba było być ostrożniejszym, to
już nie przelewki, tylko twarda, męska gra. Prawie na kuckach
podszedł kilka metrów i schował się za kupą gruzu. Następnie
podbiegł szybko do szopy i przylgnął do jej ściany. Kątem oka
dojrzał biegnącego w jego kierunku mężczyznę z kijem czy jakimś
pasem w ręku. Rzucił się do przodu i prawie na oślep uciekł ile
sił w nogach do miejsca, w którym szopa boczną ścianą
przystawała do ogrodzenia, pozostawiając pół metra miejsca, gdzie
Krzyś mógł się wślizgnąć. Znajdowało się tam zwałowisko
niepotrzebnych rzeczy, po których, jak po równi pochyłej, dziecko
mogło szybko znaleźć się przy ogrodzeniu. Chwycił
stamtąd starą paletę do tenisa jako trofeum.
Wszystko to trwało może razem kilka sekund. Organizm chłopca
wchłonął całą magiczną moc inicjacji, ogniskując każdy nerw i
mięsień na zadaniu. Jednakże lekkie potknięcie, jeden nieznaczny
błąd przy próbie skoku spowodował, że zamiast sprawnie
przeskoczyć ogrodzenie, wyrżnął twarzą i barkiem w ziemię, ale
szybko się podniósł, lekko skulony i chwiejnym krokiem,
zaskoczony, oszołomiony i poturbowany, pokuśtykał truchtem do
parku, który okalał przedszkole, żeby się gdzieś oddalić i
schować.
*
Tomek,
kiedy znaleźli się na ulicy, zaczął strasznie się drzeć i
biegać po chodniku, choć obok mknęły rozpędzone samochody, po
głównej arterii miasta. Krzyś przestraszył się, że Tomkowi coś
się stało, bo biegł jak oszalały na samotne kobiety w wieku jego
matki i w ostatnim momencie uskakiwał, a te krzyczały i wygrażały
mu pięścią. Nagle Tomek wskoczył przed nadjeżdżający samochód,
kierowca gwałtownie zahamował, on w ostatnim momencie uskoczył i
pobiegł w kierunku drzwi do ich kamienicy, a Krzyś za nim. W drzwi
wbiegli jednocześnie, w bezpardonowej walce o pierwszeństwo
schronienia. Te otwarły się z hukiem, wyrywając z podłogi zasuwę
lewego skrzydła, rozwarły się na oścież i ledwo się zmieścili
kiedy obie części drzwi uderzone z impetem w ścianę na powrót
się zamykały. Tomek odbity od jednej z nich popchnął Krzyśka
rękoma próbując utrzymać równowagę i obaj runęli, jak podcięci
na dechy klatki schodowej. Szybko się podnieśli, biegiem dostali na
podwórko przez drzwi z przeciwległej strony budynku. Wdrapali się
na szopę, z szopy na wysoki mur, który dawał się tam przeskoczyć.
A po drugiej stronie ogrodzenia stał gospodarczy budynek, na którego
dach zeskoczyli i w ten sposób schowali się za murem i struchleli w
zupełnej ciszy.
Serca
biły im, jakby miały wyskoczyć, włosy jeżyły się na głowie i
całym ciele, pobudzone krążeniem krwi, powietrzem i adrenaliną,
która rozpierała chłopców od środka. Siedzieli tak wiele minut,
ale choć nadwyrężali wyostrzone zmysły, to wyglądało na to, że
kierowcy nie chciało się ich szukać. Przez dłuższy czas nie
usłyszeli nic, co mogło na to wskazać. Dopiero teraz odważyli się
odezwać. Krzyś nie chciał się wcześniej odzywać do Tomka bojąc
się jego reakcji, kiedy był jeszcze podniecony niebezpieczeństwem.
Bał się, że znowu zacznie coś krzyczeć albo śmiać się, jak
już nie raz bywało. Nie wierzył w jego zdrowy rozsądek,
zrównoważenie. Tomek również milczał jak zaklęty. Aż do tej
chwili.
–
Odbiło ci? - zapytał Krzyś.
–
Stary, to dopiero jest prawdziwa banda. Nie chcesz rządzić na
ulicy?
–
No chcę, ale mogli nas złapać.
–
No właśnie, w tym prawdziwa zabawa, a nie jakieś głupoty, zabawy
w pachty i jakieś przyjmowanie nowych członków. Po zastępcy szefa
można spodziewać się dużo więcej odwagi.
–
Wcale się nie boję, ale po co to robić?
–
Jak to po co? Żeby pokazać, że się niczego nie boisz? Mój
zastępca musi być odważny. Jak nie zrobisz tego, co ja, to wybiorę
sobie innego kumpla - postawił sprawę jasno. Krzyś nie wiedział,
co robić. Z jednej strony rzeczywiście się bał, a z drugiej jego
chłopięca, rycerska dusza wyrosła na czytanych przez mamę
baśniach podsuwała wizję wielkiej przygody. Właśnie miał okazję
do bohaterskiego, wymagającego wielkiego męstwa czynu. Odwaga,
opanowanie, duma.
–
Myślisz, że się boję?
–
Tak właśnie myślę.
–
To źle myślisz.
–
Udowodnij to.
–
No to chodźmy, ale stój blisko mnie, bo nie chcę, żebyś miał
łatwiej uciekać.
–
Dobra, dla mnie to żaden problem.
–
Jam Zbyszko z Bogdańca, niczego się nie boję - powiedział Krzyś
natchniony obejrzanymi niedawno Krzyżakami. Poszli ostrożnie na
ulicę, przez klatkę schodową kamienicy, jak dostawcy alkoholu
podczas prohibicji. Ostatnio był taki film, który Krzyś oglądał
przez szparę w drzwiach do pokoju rodziców.
*
Stali
blisko krawężnika. Właśnie pędził jakiś zagraniczny, szybki
wóz należący do śródmiejskiego cinkciarza, który wracał
nadziany utargiem przez wciąż rosnący kurs dolara. W myślach
przeliczał gotówkę. Żyłka hazardzisty wyostrzyła mu rysy i
zmysły. Spory zarobek, jak wygrana na loterii, zelektryzowała żądzę
cielesnych rozkoszy. Chciał dziś zabrać dziewczynę, którą
niedawno poznał, na imprezę do lokalu i zaszaleć. Wydać trochę i
pokochać się z młodą w cieniu drzew w podmiejskim parku. Pijani i
chętni. Chciał w końcu zaspokoić pragnienia, a forsa wypychająca
kieszeń marynarki na owłosionej piersi zapowiadała pełny sukces.
Facet
miał ciemne okulary, brodę na całej twarzy i lokowaną czuprynę.
Wybałuszył oczy, kiedy zobaczył małego chłopca sprawiającego
wrażenie, jakby chciał wskoczyć wprost pod samochód. Zwolnił
tylko trochę, bo przecież to było bez sensu, chłopcy bawią się
czasem w różne głupoty, sam się czasem tak bawił, jak był w ich
wieku, ale gdy już był pewien, że chłopiec to zrobi, i zaczął
hamować, nagle ten drugi, który stał tuż za nim, minimalnie
przyśpieszył ruch kolegi i pchnął go, o ułamek sekundy
wcześniej, nawet niezbyt mocno. To wystarczyło, by stracił
równowagę. Cinkciarz ostro hamował, ale prędkość miał jeszcze
sporą, wszystko przez to, że nie chciał uwierzyć, że to naprawdę
może się stać. Z dużym impetem uderzył chłopca, zanim ten
zdążył się sam przewrócić.
Samochód
stanął w poprzek jezdni, a Krzyś turlając się po asfalcie,
jeszcze przytomny odbił się na jakieś dziesięć metrów, lekko w
bok na chodnik, uderzając po drodze głową w metalowy kosz na
śmieci.
Jak
później stwierdził lekarz, właśnie to go zabiło.
Koniec
Bydgoszcz,
1996
poniedziałek, 12 sierpnia 2019
Powrót do bloga
Drodzy Państwo,
wracam do tego bloga po 7 latach.
Przez ten czas wiele się zmieniło w moim życiu, jak i w moim pisaniu i twórczości muzycznej. Tak po krótce, to 6 lat spędziłem na emigracji w Anglii, a niedawno wróciłem do Polski. A co do pisania, to przez ten czas po prostu nie pisałem, jak i nie zajmowałem się twórczością muzyczną. Zajmowałem się głównie pracą szczerze mówiąc, a twórczość raczej mnie omijała. Nie wiem sam do końca dlaczego, nie potrafię tego rozkminić. W każdym razie twórczość literacka powróciła do mnie, jak tylko wróciłem do Polski. No może nie tak od razu, ale jakoś tak po trzech miesiącach od powrotu. Obecnie jednak nie piszę już poezji. W ostatnim czasie napisałem sporo prozy, a dokładnie cztery opowiadania i cztery krótsze formy, dwa kolejne opowiadania się piszą, a sporo nowych pomysłów kłębi się pod czaszką. Tak więc mam prawo przypuszczać, że pisze się kolejna moja książka, tym razem zbiór opowiadań.
A teraz najważniejsze!!!
Wszystkim, którzy obserwują mojego bloga, jak i innym widzom, bo ku mojemu zdziwieniu okazuje się, że mimo, iż blog leżał odłogiem tyle lat, wciąż generuje niewielki ruch. Tak więc ktoś tu zagląda od czasu do czasu, co buduje. Zatem spieszę donieść, że w tzw. międzyczasie dwa, z trzech opublikowanych tutaj tomików zostało oficjalnie wydanych. Udało się wydać "Ranoc" (Lutowski, Krzysztof. Ranoc. Bydgoszcz: bydgoska licencja marek, 2017. ISBN 9788394103477) oraz "Czytając poetów przeklętych" (Lutowski, Krzysztof. Czytając poetów przeklętych. Nowa Ruda: Mamiko, 2018. ISBN 9788365795267). Na wydanie czeka jeszcze ostatni z moich dawno napisanych tomików, czyli "Zeszyty", również po części opublikowany na tym blogu.
W dodatku po drodze pojawiła się idea, by wydać zbiór opowiadań mojego autorstwa. Pozbierałem bowiem swoje opowiadania pisane też dawno temu, tak mniej więcej pomiędzy 19 a 28 rokiem mego życia (dla ułatwienia zdradzę, że dziś mam już lat 43). Książka ta będzie nosiła tytuł "Upały" i prawdopodobnie ukaże się jeszcze w tym roku lub w roku kolejnym. Podobnie sprawa ma się z tomikiem "Zeszyty", który też powinien się ukazać najpóźniej w przyszłym roku.
Tak więc ponownie pojawiła się sytuacja, w której istnienie tego bloga i dalsze zapełnianie go postami ma sens. Nie wiem jeszcze co prawda dokładnie, co będę na nim zamieszczał. Pewnie formuła się jakoś zmieni. Na tę chwile przychodzi mi do głowy zaprezentowanie jeszcze raz niektórych wierszy z tomiku "Ranoc", a dokładnie te, w których wprowadzone zostały jakieś zmiany w stosunku do wersji opublikowanych już na blogu. Ponadto opublikuję tu pewnie jakieś opowiadania. Co jeszcze będzie się tutaj dziać - nie wiem - życie pokaże. W każdym razie zapraszam do odwiedzania tego skromnego miejsca w sieci.
Pozdrawiam
Krzysztof Lutowski
Subskrybuj:
Posty (Atom)