sobota, 24 sierpnia 2019

Krzyś i Tomek - opowiadanie


Krzysztof Lutowski

KRZYŚ I TOMEK


Krzyś. Krzyś ma pięć lat. Mieszka z babcią, rodzicami i ciocią z wujem, którzy jeszcze nie mają dzieci, a wtedy jeszcze nikt nie wie, czy będą je mieli. Rodzice pracują w Eltrze i Transbudzie. Wujek studiuje, ciocia uczy się i pracuje. Babcia na rencie po dziadku. Krzyś chodzi do przedszkola. Dzisiaj nie poszedł.
      Czasami babcia pozwalała mu zostać w domu. Zdarzało się to dość rzadko, ale dziś się zdarzyło. W nocy nie mógł zasnąć, a kiedy zasnął, to od razu się obudził i było rano, trzeba było iść do przedszkola. Krzyś protestował i robił wszystko, żeby do przedszkola nie pójść. Miał nieodparte wrażenie, że dosłownie przed chwilą zasnął, że spał ledwo pięć minut. Czasami tak się zdarza, że człowiek zasypia i budzi się natychmiast, a minęło osiem godzin. Mogą to być dwie rzeczy - albo to tylko takie wrażenie, albo sen to jakiś inny świat, w którym się przebywało, a tam płynie inny czas, albo stoi w miejscu. Babcia zlitowała się nad Krzysiem i mógł pospać jeszcze, a nawet w ogóle się nie budzić, bo nie ma nic lepszego dla dziecka, jak zdrowy, długi sen.
     Krzyś siedział na ławeczce w podwórku kamienicy, odgrodzonej betonowym murem i starą bramą z blachy zamkniętą na kłódkę. Podwórko miało jakieś 150 metrów kwadratowych, w jego lewym rogu stała rozwalająca się szopa, gdzie grasowały szczury i stał stary motor. Krzyś siedział na ławeczce pod oknami obok wyjścia na klatkę schodową i do piwnicy. Machał sobie nóżkami i się nudził. Obracał w dłoniach kilka niewielkich płytek z elektrycznymi podzespołami. Rozmyślał o przedszkolu, o swoim koledze Tomku. Zna go właśnie z przedszkola, trzymają się razem. Tomek imponuje mu bardzo wprawnym układaniem z drewnianych klocków wież Eiffla i Babel, sięgających czasem 2 metrów, a także nowymi kapciami. Też nie lubi tej Aśki, która jest obrzydliwa, kiedy wciąga do buzi smarki cieknące jej z nosa. Pani wiele razy zwracała jej uwagę, a ona wciąż to robi.

*

Niedawno, gdy rozmyślał przed zaśnięciem o Tomku i wieży, jaką razem ułożyli z klocków, dotarła do niego dziwna myśl. Czuł ją raczej i nie potrafił zrozumieć, co ze sobą niesie. Jego umysł doświadczał obecności czegoś nowego, co można było czuć, ale nie objąć rozumem. Chodziło o rzecz prozaiczną, dlatego też bardziej odczuwalną. Krzyś za zamkniętymi oczami oglądał obrazki z życia tomkowej rodziny, ludzi, których nigdy nie widział naprawdę. To było jednak jakieś prawdziwe życie, bo tak precyzyjne, że Krzyś mógł obejrzeć różne sytuacje, poczuć emocje, skomplikowane powiązania, matczyne, ojcowskie, babcine w rodzinie Tomka. Nie umiał tego powiązać, ale obrazy fascynowały go. Najbardziej dziwiło go, co rodzice Tomka robią w sypialni. Te dziwne wygibasy, gimnastyka, zabawki. Długo się temu przyglądał wczoraj w nocy przy zamkniętych oczach, a kiedy wreszcie zasnął, to obudził się natychmiast i było już rano. Krzyś poczuł się dziwnie na wspomnienie tych wszystkich nowych doznań, których doświadczał w nocy. Coś do niego docierało, a teraz Krzyś musiał nauczyć się z tym żyć.
      Krzyś wsadził sobie elektryczne płytki do majtek i zaczął chodzić po podwórku. Płytki przyjemnie uwierały i kłuły. Krzyś spacerował i odczuwał. Nie wiedział dlaczego włożył je w majtki, jednak jakiś instynkt tak właśnie kazał mu zrobić. Uczucie było przyjemne, nie wiedział dlaczego, ale było przyjemne. Przez chwilę poczuł się jak dziewczynka, choć wcale nie wiedział, jak się czują dziewczynki, jednak poczuł się dziewczynką i to wiedział. Wiedział także, że nie powinien tak robić, choć nikt nigdy nie powiedział mu, że to złe. Nie miał pojęcia dlaczego, ale wiedział, że powinien wyjąć płytki z majtek, że nikt nie powinien go na tym przyłapać. Troszeczkę jakby przestraszony wyciągnął je w końcu i wyrzucił do kubła na śmieci. Usiadł z powrotem na ławeczce i zastanawiał się dlaczego czuł się jak dziewczynka, dlaczego kłucie i uwieranie było przyjemne na tyle, że nie przeszkadzało mu, a wręcz było pożądane.
      Kiedy i tak nie znalazł odpowiedzi, podniósł z ziemi uwalaną w piasku starą rakietę do tenisa i zaczął wykonywać takie ruchy, jakby grał na gitarze. Zamknął oczy, dał się ponieść fantazji, że stoi przed tłumem słuchaczy, którzy są zachwyceni. Usłyszał muzykę, zapowiedź jego koncertu, w wyobraźni szczególnie przedłużał moment prezentacji osiągnięć, zasług i tego, jaki jest wspaniały. Potem zaczął śpiewać. Śpiewał poważnie, nawet rzewnie, śpiewał jakieś słowa bez znaczeń, choć rozróżniał pojedyncze wyrazy. Jego śpiew i gra na gitarze stawały się coraz bardziej żywiołowe, coraz bardziej porywające, wzbudzające skrajne emocje. Ożywiał się rytm i pieśń porywała do działania, do życia. Wreszcie zaczął biegać w tańcu po podwórku, jak po scenie i coraz bardziej szarpać struny swego nieistniejącego instrumentu.

*

Tomek. Tomek był zwyczajnym chłopcem, tak się przynajmniej wydawało. Jednak jego rodzina nie była tak do końca normalna. To dziwne, że chłopiec rozwijał się w przewidywalny sposób, jak inne dzieci, nawet przewyższając je stopniem inteligencji, postępów w rozumieniu świata i nierobieniu siusiu w pościel. Rodzice chłopca nie byli szczęśliwi. Starali się to skrzętnie ukrywać przed znajomymi, sąsiadami, nie ukrywali tego jednak przed swym jedynym synem. Ten jednak rósł zdrowo, jakby wbrew rodzicom, przynajmniej fizycznie. Psychicznie też nie odbiegał od normy, choć przejawiał czasem nieco dziwne zachowania. Bywał agresywny, co często sygnalizowała jego mamie pani w przedszkolu. Mama natomiast biła czasem Tomka za to, że przynosi jej wstyd. Ale te wybryki nie były raczej niebezpieczne, ot, troszkę nadpobudliwy, energiczny chłopiec. Tomek bał się matki, bardziej niż ojca. Matka bowiem miała tendencje do wyżywania się na chłopcu za swe krzywdy, spieprzone życie, nieszczęśliwą miłość. Chłopiec nie rozumiał tego, co się dzieje w jego rodzinie. Był zbyt mały, aby wyciągać wnioski. Zresztą nie widział nigdy niczego innego, więc skąd miałby cokolwiek rozumieć? Może gdyby podejrzewał, to uciekłby z domu, ale i na to był jeszcze za mały. Nie wiedział o co kłócą się rodzice, patrzył tylko, był świadkiem wydarzeń, jak to, które miało miejsce dzisiaj.
       Ojciec przyprowadził go po pracy z przedszkola do domu. Matka dała jeść. Nalała zupy do talerza. Ojciec chodził po kuchni milczący. Nagle rodzice zaczęli rozmawiać podniesionym głosem. Tomek jadł zupę, która była dobra, smakowała mu, więc nawet nie przysłuchiwał się kłótni, która robiła się coraz bardziej ożywiona. Nigdy nie wiedział dlaczego rodzice się kłócą, a kłócili się codziennie. Nigdy nie wiedział o co, nawet nie przyszło mu do głowy, aby tego dociekać. Przecież nie było w tym nic, czemu należałoby się dziwić i roztrząsać.
      Nagle Tomek podskoczył na krześle, aż łyżka wypadła mu z rąk i wpadła do zupy, rozchlapując ciecz na białym obrusie. Matka rzuciła w ojca wielką szpulą białej, jak na ironię, nici. Po prostu rzuciła tym, co miała pod ręką, gdyby to był nóż, to rzuciłaby nim. Ojciec uchylił się w porę i wielka szpula nie uderzyła w głowę, lecz w szklaną szybę drzwi, rozbijając ją i lądując w przedpokoju na wazonie z kwiatami, które matka zawsze lubiła i trzymała w wielu miejscach domu.
      – Ty jesteś pojebana – ojciec w takich chwilach mówił to z przejęciem, ze strachem i mimo siły wyrazu tego, co mówił, chciał raczej zażegnać konflikt i jeśli wytrzymywał nerwowo, to oddalał się pośpiesznie do drugiego pokoju.

*

Matka leżała na podłodze, oparta o łóżko i trzęsła się w drgawkach. Brała wtedy krople, chyba na serce, albo na uspokojenie i po jakimś czasie dochodziła do siebie. Tym razem nie zdążyła, gdyż ojciec wrócił do pokoju, stanął w otwartych drzwiach.
      – A teraz się trzęsie, idiotka - matka leżała, ale trzęsła się już coraz mniej - Idiotka z pojebanego domu. Twoja matka też się tak trzęsła!
        – Ty skurwysynu! Ty skurwysynu! - powtarzała matka.
       – Moja matka nie była kurwą. Może twoja? - ojciec dolewał oliwy do ognia.
    – Ty gnoju skurwysyński. Ta kobieta tyle ci dała. Ty chamie. - Ojciec podbiegł wściekły do matki z zaciśniętymi pięściami. Złapał ją za włosy i ściągnął do parteru. Leżała teraz na dywanie rozciągnięta na całą długość. Ojciec puścił jej włosy, jakby się opamiętał. Stał nad nią, jakby zastanawiał się, co robi. Po chwili kopnął ją trzy razy w plecy, nie za mocno, jakby nie chcąc za bardzo zrobić jej krzywdy. Później wyszedł, a matka trzęsła się jeszcze długo.
Tomek krzyczał i płakał. Teraz dopiero przestał. Podbiegł do matki, przytulił ją i pocieszał, że wszystko będzie dobrze, że mamusiu już spokojnie. Im matka bardziej się trzęsła, tym mocniej ją przytulał. I nic nie rozumiał.

*

           – Aaaaaaaaaaaaaaaaaa!
      – Co się drzesz?! – zezłościł się Krzyś na Tomka, który wbiegł na podwórko wrzeszcząc i biegając, jak oszalały. Tomek zatrzymał się i zamknął, ale za moment z krzykiem na ustach podniósł leżący w piasku kij i podbiegł do ogrodzenia. Okładał je tak długo, aż patyk się złamał i wisiał na włosku, jak na żyłce wędki.
      – Chodźmy na ulicę – powiedział do Krzyśka rzucając ze złością patyk ponad betonowe ogrodzenie.
      – Nie wolno mi chodzić na ulicę.
      – Co ty, co ci nie wolno? Jesteś w naszej bandzie, czy nie? My się nikogo nie boimy, nawet ulicy.
      – Moja babcia mnie dzisiaj nie wypuściła. Zwiałem jej - pochwalił się Krzyś.
      – Ja, ja, ty zwiałeś – powątpiewał Tomek. – Jesteś za cienki – prowokował.
      – A ty za głupi - odciął się Krzyś obrażony.
      – To jak? Idziesz mięczaku? – Krzyś zamyślił się. Trochę się obawiał pójść z Tomkiem, gdyż rzeczywiście miał dziś zabronione nie tylko wychodzenie na ulicę (co oczywiste), ale i z domu. Kiedy ciocia z wujem wyszli, miał zapowiedziane, że nie może nigdzie wychodzić i ma zostać z babcią, która nie czuła się najlepiej. Jednak Krzyś chciał koniecznie wyjść, pobawić się, ale babcia była nieugięta. Krzyś nie rozumiał dlaczego miałby siedzieć w domu i nie wyjść sobie na podwórko, które przecież nie było nigdzie daleko, lecz dokładnie pod oknami. Jeżeli babcia obawiała się o niego, to i tak mogła mieć go cały czas na oku. Tak więc Krzyś postawił się i skorzystał ze swego nowego odkrycia. Mianowicie spostrzegł, że zamek zasuwkowy przy drzwiach dawał się otworzyć od wewnątrz, bez pomocy klucza – po prostu przekręcając. Wypróbował to w praktyce i drzwi rzeczywiście dały się otworzyć. Ucieszył się. Babcia jednak stała już w drzwiach do przedpokoju, kuląc się wpół i trzymając za brzuch.
          – Co robisz cholero?
          – Ja chcę iść na podwórko.
      – Zostań w domu, powiedziałam! – Babcia miała coraz straszniejszy grymas bólu na twarzy. Krzyś przeżywał rozterki, ale w podjęciu decyzji, jaką podjąłby grzeczny chłopiec przeszkadzało mu to, że choć usilnie się starał, to nie mógł wytłumaczyć sobie w żaden sposób, dlaczego zakazano mu podwórka, które przecież nie było żadną ulicą, ani niczym wielkim. Przecież babcia i tak będzie patrzyła przez okno. Postanowił więc pójść. Zamknął za sobą drzwi i zbiegł szybko po schodach.
       Teraz miał kolejny dylemat, ponieważ wiedział, że nadużył swojej wolności, bodaj po raz pierwszy na tak dużą skalę. Jeszcze nigdy sam nie otworzył drzwi i sprzeciwiając się woli starszego nie wyszedł na podwórko. Wyprawa na ulicę byłaby kolejnym poważnym nadużyciem, zważywszy, że babcia nie będzie go widziała i domyśli się, gdzie poszedł.
      Ale poszedł. Przeważyła chęć zaznania czegoś zakazanego, a także pokazania Tomkowi, że nie jest mięczakiem. W końcu byli w jednej bandzie i należało wykazać się odwagą, a wyjście z bezpiecznego, ogrodzonego podwórka, na ruchliwą ulicę miasta, to już było coś.
      Niedawno przecież zdawał egzamin na członka bandy wraz z trzema kolegami z przedszkola, każdy z nich musiał wejść na podwórko domu, co stoi blisko przedszkola, przeskakując ogrodzenie i samemu, niezauważonym, obejść dom dookoła, a potem wrócić do chłopaków z jakimś trofeum. Aby wykazać się niepospolitą odwagą i zaimponować kolegom zgłosił się na ochotnika jako pierwszy. I dobrze, bo faktycznie zrobił wrażenie, a Tomek powiedział, że zrobi go swoim zastępcą, co było niemałym wyróżnieniem. Aż wyprostował się z dumy.

*

A było tak. Podkradł się do ogrodzenia i widząc drogę wolną, zbytnio się nie wahając, bo przecież kilka metrów dalej, za krzakami podglądali go koledzy, przelazł przez siatkę. Po drugiej stronie przykucnął, tu już trzeba było być ostrożniejszym, to już nie przelewki, tylko twarda, męska gra. Prawie na kuckach podszedł kilka metrów i schował się za kupą gruzu. Następnie podbiegł szybko do szopy i przylgnął do jej ściany. Kątem oka dojrzał biegnącego w jego kierunku mężczyznę z kijem czy jakimś pasem w ręku. Rzucił się do przodu i prawie na oślep uciekł ile sił w nogach do miejsca, w którym szopa boczną ścianą przystawała do ogrodzenia, pozostawiając pół metra miejsca, gdzie Krzyś mógł się wślizgnąć. Znajdowało się tam zwałowisko niepotrzebnych rzeczy, po których, jak po równi pochyłej, dziecko mogło szybko znaleźć się przy ogrodzeniu. Chwycił stamtąd starą paletę do tenisa jako trofeum. Wszystko to trwało może razem kilka sekund. Organizm chłopca wchłonął całą magiczną moc inicjacji, ogniskując każdy nerw i mięsień na zadaniu. Jednakże lekkie potknięcie, jeden nieznaczny błąd przy próbie skoku spowodował, że zamiast sprawnie przeskoczyć ogrodzenie, wyrżnął twarzą i barkiem w ziemię, ale szybko się podniósł, lekko skulony i chwiejnym krokiem, zaskoczony, oszołomiony i poturbowany, pokuśtykał truchtem do parku, który okalał przedszkole, żeby się gdzieś oddalić i schować.

*

Tomek, kiedy znaleźli się na ulicy, zaczął strasznie się drzeć i biegać po chodniku, choć obok mknęły rozpędzone samochody, po głównej arterii miasta. Krzyś przestraszył się, że Tomkowi coś się stało, bo biegł jak oszalały na samotne kobiety w wieku jego matki i w ostatnim momencie uskakiwał, a te krzyczały i wygrażały mu pięścią. Nagle Tomek wskoczył przed nadjeżdżający samochód, kierowca gwałtownie zahamował, on w ostatnim momencie uskoczył i pobiegł w kierunku drzwi do ich kamienicy, a Krzyś za nim. W drzwi wbiegli jednocześnie, w bezpardonowej walce o pierwszeństwo schronienia. Te otwarły się z hukiem, wyrywając z podłogi zasuwę lewego skrzydła, rozwarły się na oścież i ledwo się zmieścili kiedy obie części drzwi uderzone z impetem w ścianę na powrót się zamykały. Tomek odbity od jednej z nich popchnął Krzyśka rękoma próbując utrzymać równowagę i obaj runęli, jak podcięci na dechy klatki schodowej. Szybko się podnieśli, biegiem dostali na podwórko przez drzwi z przeciwległej strony budynku. Wdrapali się na szopę, z szopy na wysoki mur, który dawał się tam przeskoczyć. A po drugiej stronie ogrodzenia stał gospodarczy budynek, na którego dach zeskoczyli i w ten sposób schowali się za murem i struchleli w zupełnej ciszy.
      Serca biły im, jakby miały wyskoczyć, włosy jeżyły się na głowie i całym ciele, pobudzone krążeniem krwi, powietrzem i adrenaliną, która rozpierała chłopców od środka. Siedzieli tak wiele minut, ale choć nadwyrężali wyostrzone zmysły, to wyglądało na to, że kierowcy nie chciało się ich szukać. Przez dłuższy czas nie usłyszeli nic, co mogło na to wskazać. Dopiero teraz odważyli się odezwać. Krzyś nie chciał się wcześniej odzywać do Tomka bojąc się jego reakcji, kiedy był jeszcze podniecony niebezpieczeństwem. Bał się, że znowu zacznie coś krzyczeć albo śmiać się, jak już nie raz bywało. Nie wierzył w jego zdrowy rozsądek, zrównoważenie. Tomek również milczał jak zaklęty. Aż do tej chwili.
      – Odbiło ci? - zapytał Krzyś.
      – Stary, to dopiero jest prawdziwa banda. Nie chcesz rządzić na ulicy?
      – No chcę, ale mogli nas złapać.
     – No właśnie, w tym prawdziwa zabawa, a nie jakieś głupoty, zabawy w pachty i jakieś przyjmowanie nowych członków. Po zastępcy szefa można spodziewać się dużo więcej odwagi.
        – Wcale się nie boję, ale po co to robić?
      – Jak to po co? Żeby pokazać, że się niczego nie boisz? Mój zastępca musi być odważny. Jak nie zrobisz tego, co ja, to wybiorę sobie innego kumpla - postawił sprawę jasno. Krzyś nie wiedział, co robić. Z jednej strony rzeczywiście się bał, a z drugiej jego chłopięca, rycerska dusza wyrosła na czytanych przez mamę baśniach podsuwała wizję wielkiej przygody. Właśnie miał okazję do bohaterskiego, wymagającego wielkiego męstwa czynu. Odwaga, opanowanie, duma.
      – Myślisz, że się boję?
      – Tak właśnie myślę.
      – To źle myślisz.
      – Udowodnij to.
    – No to chodźmy, ale stój blisko mnie, bo nie chcę, żebyś miał łatwiej uciekać.
       – Dobra, dla mnie to żaden problem.
    – Jam Zbyszko z Bogdańca, niczego się nie boję - powiedział Krzyś natchniony obejrzanymi niedawno Krzyżakami. Poszli ostrożnie na ulicę, przez klatkę schodową kamienicy, jak dostawcy alkoholu podczas prohibicji. Ostatnio był taki film, który Krzyś oglądał przez szparę w drzwiach do pokoju rodziców.

*

Stali blisko krawężnika. Właśnie pędził jakiś zagraniczny, szybki wóz należący do śródmiejskiego cinkciarza, który wracał nadziany utargiem przez wciąż rosnący kurs dolara. W myślach przeliczał gotówkę. Żyłka hazardzisty wyostrzyła mu rysy i zmysły. Spory zarobek, jak wygrana na loterii, zelektryzowała żądzę cielesnych rozkoszy. Chciał dziś zabrać dziewczynę, którą niedawno poznał, na imprezę do lokalu i zaszaleć. Wydać trochę i pokochać się z młodą w cieniu drzew w podmiejskim parku. Pijani i chętni. Chciał w końcu zaspokoić pragnienia, a forsa wypychająca kieszeń marynarki na owłosionej piersi zapowiadała pełny sukces.
      Facet miał ciemne okulary, brodę na całej twarzy i lokowaną czuprynę. Wybałuszył oczy, kiedy zobaczył małego chłopca sprawiającego wrażenie, jakby chciał wskoczyć wprost pod samochód. Zwolnił tylko trochę, bo przecież to było bez sensu, chłopcy bawią się czasem w różne głupoty, sam się czasem tak bawił, jak był w ich wieku, ale gdy już był pewien, że chłopiec to zrobi, i zaczął hamować, nagle ten drugi, który stał tuż za nim, minimalnie przyśpieszył ruch kolegi i pchnął go, o ułamek sekundy wcześniej, nawet niezbyt mocno. To wystarczyło, by stracił równowagę. Cinkciarz ostro hamował, ale prędkość miał jeszcze sporą, wszystko przez to, że nie chciał uwierzyć, że to naprawdę może się stać. Z dużym impetem uderzył chłopca, zanim ten zdążył się sam przewrócić.
      Samochód stanął w poprzek jezdni, a Krzyś turlając się po asfalcie, jeszcze przytomny odbił się na jakieś dziesięć metrów, lekko w bok na chodnik, uderzając po drodze głową w metalowy kosz na śmieci.
          Jak później stwierdził lekarz, właśnie to go zabiło.

Koniec

Bydgoszcz, 1996



poniedziałek, 12 sierpnia 2019

Powrót do bloga

Drodzy Państwo,


wracam do tego bloga po 7 latach.

Kiedy go zakładałem, ideą było opublikowanie na nim w całości mojej twórczości poetyckiej, która od lat zalegała mi na dysku twardym. Miałem wówczas trzy nieopublikowane tomiki poetyckie i jeden wydany. Kiedy opublikowałem niemal wszystkie wiersze (niektórych nie opublikowałem, głównie z powodu wątpliwości co do ich wartości literackiej) uznałem, że formuła bloga się wyczerpała i tym samym skończyłem blogować wiersze.

Przez ten czas wiele się zmieniło w moim życiu, jak i w moim pisaniu i twórczości muzycznej. Tak po krótce, to 6 lat spędziłem na emigracji w Anglii, a niedawno wróciłem do Polski. A co do pisania, to przez ten czas po prostu nie pisałem, jak i nie zajmowałem się twórczością muzyczną. Zajmowałem się głównie pracą szczerze mówiąc, a twórczość raczej mnie omijała. Nie wiem sam do końca dlaczego, nie potrafię tego rozkminić. W każdym razie twórczość literacka powróciła do mnie, jak tylko wróciłem do Polski. No może nie tak od razu, ale jakoś tak po trzech miesiącach od powrotu. Obecnie jednak nie piszę już poezji. W ostatnim czasie napisałem sporo prozy, a dokładnie cztery opowiadania i cztery krótsze formy, dwa kolejne opowiadania się piszą, a sporo nowych pomysłów kłębi się pod czaszką. Tak więc mam prawo przypuszczać, że pisze się kolejna moja książka, tym razem zbiór opowiadań.

A teraz najważniejsze!!!

Wszystkim, którzy obserwują mojego bloga, jak i innym widzom, bo ku mojemu zdziwieniu okazuje się, że mimo, iż blog leżał odłogiem tyle lat, wciąż generuje niewielki ruch. Tak więc ktoś tu zagląda od czasu do czasu, co buduje. Zatem spieszę donieść, że w tzw. międzyczasie dwa, z trzech opublikowanych tutaj tomików zostało oficjalnie wydanych. Udało się wydać "Ranoc" (Lutowski, Krzysztof. Ranoc. Bydgoszcz: bydgoska licencja marek, 2017. ISBN 9788394103477) oraz "Czytając poetów przeklętych" (Lutowski, Krzysztof. Czytając poetów przeklętych. Nowa Ruda: Mamiko, 2018. ISBN 9788365795267). Na wydanie czeka jeszcze ostatni z moich dawno napisanych tomików, czyli "Zeszyty", również po części opublikowany na tym blogu. 



W dodatku po drodze pojawiła się idea, by wydać zbiór opowiadań mojego autorstwa. Pozbierałem bowiem swoje opowiadania pisane też dawno temu, tak mniej więcej pomiędzy 19 a 28 rokiem mego życia (dla ułatwienia zdradzę, że dziś mam już lat 43). Książka ta będzie nosiła tytuł "Upały" i prawdopodobnie ukaże się jeszcze w tym roku lub w roku kolejnym. Podobnie sprawa ma się z tomikiem "Zeszyty", który też powinien się ukazać najpóźniej w przyszłym roku. 

Tak więc ponownie pojawiła się sytuacja, w której istnienie tego bloga i dalsze zapełnianie go postami ma sens. Nie wiem jeszcze co prawda dokładnie, co będę na nim zamieszczał. Pewnie formuła się jakoś zmieni. Na tę chwile przychodzi mi do głowy zaprezentowanie jeszcze raz niektórych wierszy z tomiku "Ranoc", a dokładnie te, w których wprowadzone zostały jakieś zmiany w stosunku do wersji opublikowanych już na blogu. Ponadto opublikuję tu pewnie jakieś opowiadania. Co jeszcze będzie się tutaj dziać - nie wiem - życie pokaże. W każdym razie zapraszam do odwiedzania tego skromnego miejsca w sieci.

Pozdrawiam

Krzysztof Lutowski

sobota, 3 marca 2012

Oral, Cisza, Natura...

A może by taki trzy numerowy secik, fragment około 60-minutowego koncertu na poetycki nastrój przed świtem?

żałostiensis


żałostiensis

Jestem wśród was
bo przyszedłem
tutaj boso
nie wiem po co

patrzeć uważnie
patrzeć głęboko
by dostrzec wokół
więcej niż nic

jestem skazany
tak bardzo uwikłany
ale chcę zagłuszyć
popeliny jęk

nie wiem o co chodzi
ale chcę chodzić
mając plecy proste
głowę wysoko
i postawiony kołnierz

VIII `06

wtorek, 28 lutego 2012

Klaustrofobia...



Klaustrofobia


Popatrz przez okno
popatrz na rzekę
zobaczysz w niej
własne oblicze

i jeszcze ktoś
pojawi się obok
a potem wiatr
rozwieje obraz

i wrócisz do środka
by patrzeć na ściany
na ściany jak płaczą

walczyłem ze sobą
by być kimś innym
walczę ze sobą
bezustannie o wszystko

nie jestem motylem
nie umiem się wzbić
noszę kalosze
przybite do podłogi

urodziłem się dawno
ale dokładnie pamiętam
dokładnie pamiętam
klaustrofobię
klaustrofobię w macicy
klaustrofobię na ulicy
klaustrofobię na rynku
klaustrofobię w sobie

nie chcę pamiętać

--
 Mam wiersz, a piosenkę dorzucę niebawem... z tego samego koncertu...

sobota, 18 lutego 2012

kael - komentarz do bloga01

Jako autor poniższego bloga, który pragnie na nim opublikować wiersze, które udało mi się, czasem się udaje i te, których nie udało mi się dotąd wydać tzw. drukiem, bo kuśtykam i chodzę o kulach i nigdy z nikim prawie nie gadam; zastanawiam się, czy powinienem tutaj pisać jakiekolwiek komentarze od siebie za szerokie, czy zbyt częste. Ale chodzi mi wyłącznie o tekst, który puchnie mi w oczach i pod palcami szeleści, jak go wklejam za pomocą ctrl+V do niezwykłego internetu ze swojego wirtualnego statku, tu.

Jest mi miło, że ktoś tu zagląda od czasu do czasu, tak tak, wiem wiem, jest niszowo, głucho i nie ma litości, tak, takie są te wiersze, jest naruszone różne tabu wielokrotnie, wieje chłodem, nieprzystępnością, murem i znojem. Ale proszę Państwa, ja proszę o pamięć, że są tylko poezją te słowa, mam nadzieję znaczy. I już wielokrotnie zagabywany nawet w realu, szczególnie o co bardziej drastyczne, katastroficzne wiersze z tego bloga z tomiku Czytają poetów przeklętych... Proszę Państwa, co piszę do bardziej dociekliwych czytelników, jeśli się znajdą, katastrofizm tutaj jest sztafażem tylko ze słów wyjętych żywcem z niektórych książek lub przerobionych czy przemyśleniem na temat literatury. Wielokrotnie ja nie jestem podmiotem lirycznym, proszę w ten sposób nigdy nie odczytywać tych wierszy, ani żadnych innych. To proszę Państwa jest tylko tekst, który startuje w konkursie walory artystyczne i dialog z kulturą.

W pewnych wierszach jestem podmiotem lirycznym, w wielu, ale w innych nie. I jeśli słyszę takie pytania, czy ja jak napisałem w wierszu, że kochanka kojarzy mi się ze śmiercią, to jestem nekrofilem od bardzo znanych poetów znających się na poezji, to się dziwię?

kael

środa, 15 lutego 2012

Nawróciła się natura.


Nawróciła się natura.

Nawróciła się natura
na właściwy ton.

Decyzja nie najszczęśliwsza
Nie będę szedł z prądem,
pójdę obok.

Jestem tu sam.
Sam siedzę w fotelu
i obmyślam plan.

do zrealizowania na jutro
zaraz jutro
się do niego zabiorę
bo nie mam krzty pokory

pozamykam wszystkie wrota
powypalam wszystkie mosty
rozwiążę wszystkie kładki

wszystkie szpary nadziei zapryskam
wszystkie przeciekające obiecujące coś radości

której nigdzie nie ma
choć miasto wyległo na ulice

odrzucając większość
męczących pragnień
czuję samo bycie
i to mnie tylko interesuje
bo jest na chwilę

chcę doszukać się blasku
którego nikt nie widzi

wierzę, że on jest
jest rozwinięciem
czego nie ma
i powstaje brak

jak tego serca nie zechcesz
wyrzucę je do śmieci

co was obchodzą zwidy
szamańskie w środku miasta?


--
Poniżej kawałek Ranocy do tych słów zarejestrowany na żywo w Radiu PIK w Bydgoszczy.
http://www.myspace.com/music/player?sid=81221642&ac=now 

PIOSENKA


PIOSENKA


Co jest na świecie najpiękniejszego?

Czy to kobieta, czy raczej łatwizna
z jaką by można szurać po świecie?

Co jest na świecie najpiękniejszego?

że aż przykłada moją rękę
by wzniecać spod niej

drgające fale
nazwy mych myśli

Co jest dla mnie tak bardzo piękne
by zatrzymać spiralę mrocznych scen?

Czy może być coś bardziej czystego
niż septymowych akordów
barwny korowód?

Wlepić się w nastrój leniwy,
ciągnący się spazm oleisty

pokulać w ciele rytm narowisty
ugnieść na ciasto smak liryczny

spod palców wzbudza się
egocentryczny teatr uliczny

z gardła wychodzą słowa daremne
takie jedyne, jeszcze nieforemne

IX `06

czwartek, 19 stycznia 2012

Usiadłem sobie na ławeczce.


Usiadłem sobie na ławeczce.

Usiadłem sobie na ławeczce
gdzieś w Lublinie.

Jest tabliczka na bloku
z numerem 10. Os. Pogoda, ul. Zimowa.

Chłopcy bawią się piaskiem
zamkniętym w piaskownicy.
Budują szkoły, sklepy,
parkingi i zamki.

Roję sobie o śmierci,
coraz częściej bawię się tą złotą myślą.

Nie, nie, nie.
Nie, to najistotniejsze słowo
w każdym języku.

Gdy budzę się, mówię nie.
Neguję wszystko, jak leci.

Pokój, łóżko, kobietę, słońce lub deszcz.
Herbatę, śniadanie, kawę i poranną toaletę.

X `01

ZESZYTY...

ZESZYTY...
(kolejny, czwarty już tomik wierszy, który opublikuję w całości na tym blogu)

środa, 18 stycznia 2012

piątek, 6 stycznia 2012

Instrukcja obsługi...

Instrukcja obsługi do tego bloga...

Na tym blogu opublikowane są w całości, z zachowaniem wszystkich szczegółów kompozycji pierwotnie zamierzonej do wydań papierowych - trzy pełnometrażowe tomiki poetyckie mojego autorstwa. Tylko pierwsza książeczka ukazała się drukiem, dwie pozostałe to w zasadzie premiera...

33 wiersze - tomik ten ukazał się w 2002 roku nakładem wydawnictwa Kartki z Białegostoku w serii pod redakcją Bogdana Dudko. Jego pełny tytuł brzmi: 33 wiersze, 10 fotografii - książeczka bowiem była ilustrowana czarnobiałymi fotografiami Rafała Budzbona, co ma zresztą również miejsce na tym blogu. Ciekawostką dotyczącą wierszy z tomiku jest niewątpliwie fakt, iż zanim zdecydowałem się posłać tę książeczkę do wydawnictwa konsultowałem się w sprawie tych wierszy z pewnym znanym poetą - za moment zdradzę kto to taki... Pierwszy raz o tym mówię, ale niestety jakoś umknęło to dotąd mojej uwadze, że warto się tym pochwalić dla dobra wierszy. Swego czasu dostałem nawet lekką reprymendę od wydawcy, gdy dowiedział się o tym fakcie już po ukazaniu się książki. A zatem znanym poetą, który nieco mi pomógł z tym tomikiem, czyniąc mi zaszczyt kosmetyczną redakcją - był Bohdan Zadura. Dzięki... Ponadto podziękowania specjalne należą się Annie Tarczyńskiej, właścicielce znanej bydgoskiej Księgarni Taniej Książki przy ul. Jezuickiej oraz jej ówczesnemu mężowi Markowi Tarczyńskiemu za sporą kwotę pieniędzy, bez których tomik ten by się nie ukazał.

Ranoc - gotowy od lat tomik, który był już w kilku wydawnictwach, ale jakoś nigdzie się nie ukazał. Teraz można przeczytać go na tym blogu i nigdzie indziej. Tytuł tomiku jest ewidentnym nawiązaniem do mojego psychopoetyckiego zespołu Ranoc, a niektóre z wierszy stały się piosenkami.

Czytając poetów przeklętych... - książeczka, która też była gotowa już pewien dłuższy czas. Też była w kilku miejscach, nawet wzbudziła zainteresowanie w dwóch pewnych bardzo nobliwych wydawnictwach, jednak bez efektu finalnego. Teraz można ją przeczytać tutaj i nigdzie więcej... Dodam, że z wierszy z tego tomiku jestem jak dotąd najbardziej zadowolony.
--
Cóż... Gdyby ktoś miał ochotę przeczytać te wiersze tak, jak sobie to ułożyłem dla wydań papierowych, musiałby cofnąć się do pierwszego postu, by zacząć od 33 wierszy. Krótko mówiąc czytając ten blog od pierwszego postu do ostatniego w tym miejscu, czytelnik będzie miał możliwość wgryzienia się w tę ponad setkę wierszy po kolei, tak samo jak w papierowej książce. Taki sposób przeczytania polecam szczególnie, tym bardziej, że włożyłem sporo w kompozycję tych zbiorków, dzieląc je nawet na podrozdziały, które zdarza się mają nawet własne poetyckie tytuły. Podskórnie zresztą liczę po cichutku, że znajdzie się chociaż jeden taki czytelnik tutaj, w internecie, który zechce zadać sobie trud i będzie miał też taką pasję i ochotę, by przez to przebrnąć w całości... Zapraszam do lektury... Krzysztof Lutowski

koniec

I to już w zasadzie koniec tomiku Czytając poetów przeklętych...
Kilka wierszy pominąłem, ale chyba wyszło to raczej na plus, niż na minus.
Co będzie ukazywało się dalej na tym blogu, tego jeszcze nie wiem. Założenie było bowiem takie, że blog Krzysztof Lutowski - wiersze zaistniał po to, bym opublikował na nim te trzy tomiki wierszy. I właśnie się to stało... Wkrótce odezwę się tutaj ponownie...

Nie wiem...


Nie wiem...

wszystkie sakramenty
jakie przyjąłem w życiu
były jak wizyta w urzędzie

jakąś znaczącą metafizykę przeżyłem dopiero
jadąc kiedyś autobusem,
który przez tę chwilę wiózł mnie nigdzie
a ja myślałem, że jak im to opowiem
to ocaleję

nie wiem...

kupujemy czasem kwiaty malując sobie nimi czas zabawy
dyskretną kreską wykorzystujemy co nam dane
w oślepieniu można zwykle coś zobaczyć
tylko coś ślepego może nas dokładnie obejrzeć

nie wiem...

chciałem twoje oczy mieć za własność
pierścienie w twojej biżuterii

nie wiem...

czy ktoś dobrze widzi, co oni czynią
niech zaniechają tego, co mówią
czyż posiadają jakąś wiedzę

czy wiara jest zawsze ubrana w sprawiedliwość
czy to taki fetyszystyczny strój
pod którym się nosi erotyczną bieliznę
czy istnieje gdzieś absolutne bezpieczeństwo
czy jest doradca godny zaufania

Być może, będziecie szczęśliwi,
a teraz spuszczam was z uwięzi

Przynieś mi to, czym mi grozisz
bo i tak wszędzie cię rozpoznam.
Ci, których wzywam
nie są w stanie pomóc nawet sobie
niebo i woda zmierzają w przeciwne strony

środa, 4 stycznia 2012

Są strony świata...


Są strony świata...

Są strony świata
to jedno jest pewne
reszta to szansa...

Jest obrót ziemi, i czasem,
jak się bardzo odizoluję
to go słyszę...

Często Cię widuję, kiedy zamknę oczy.
Czasami kryjesz się za drzewami.
Znęcasz się tak nade mną...

Mam po Tobie czerwone i srebrne korale
i inną tanią biżuterię. a mogły być
moje ręce twoje ręce, a jest narastająca cisza

Słyszałem tyle Twoich snów,
w niektórych sam istniałem.
Wybudzałem Cię z tych snów.
Byłaś na wpół świadoma
Patrzyłem w coraz zimniejsze Twoje oczy.
Pamiętam Twoją białą sukienkę.

To wszystko zniknie
kiedy umyję po raz tysięczny okno,
wtedy zmyję to, co się w nich odbiło.

Okna kojarzą się odruchowo z możliwością wypadnięcia
więc trzeba zasłonić okno
i zabić je dechami,
by nie podkarmiać więcej ptactwa.

„Moje tkliwe łzy i mój radosny wzwód...”


„Moje tkliwe łzy i mój radosny wzwód...”

piękne i doskonałe, z natury bardziej przystosowane
do kontemplacji, niż konsumpcji
chciałbyś się w niej schronić, ale tam nie ma tego

Spór
wewnątrz
szczerość
i pohamowanie
zostałem między czekającymi
ale nasi posłańcy skrzętnie zapisują
co tam knujecie

Oto księga, której znaki są utwierdzone,
następnie jasno przedstawione
nie czcijcie nikogo innego
to dostaniecie 30 minut extra
z modliszką pożerającą samca

euforyczna kombinacja szaleństwa
i iluzoryczności porozumienia
rozpacz nienasyconego serca
resztki twej tkliwości dawno zlizane z podłogi...

Sztubacki hamletyzm...


Sztubacki hamletyzm...

sztubacki hamletyzm
nienawiść do świata
tożsama z nienawiścią do siebie

wmawiana sobie niepotrzebność
czytelne tło urazowe
świadomość odrzucenia

niemożliwa do zracjonalizowania
obcość świata
i samotność człowieka
siłą liryczną małego wszechświata

zrzucić swej skóry nie sposób
szybciej będzie odrębnie ponazywać
bilans sensu życia
katatonia dementia ticus

narcystyczne zapamiętanie
immanentny absurd
prześliźniesz się obok mnie
ja nigdy tego nie zauważę

przy odrobinie szczęścia twoje życie
będzie jak bajka
w instytucie rehabilitacji chorób umysłowych
na odpowiednich dawkach

Roztaczający się duch...


Roztaczający się duch...

Roztaczający się duch
permanentnego przeczenia

nadmiar wrażliwości
jak nóż na gardle

czekanie na słowa
najściślej przylegające do rzeczywistości

wsłuchaj się w siebie
w zgrzyt ulic i pozorną ciszę parków na spacerach

oswajanie demonów
neurastenicznej egzystencji

niepokój zamieniany
na semantyczną nieokreśloność

tęsknota za destrukcją fizycznej formy
wyrażająca się w turpiźmie i brutalności

zapierdziana kołdra na łóżku
spermą schlapane prześcieradło pustki

deheroizując skryte pokłady
zostaniesz wreszcie czysto nazwany

jego potencjalny wariant losu
precyzyjnie niedookreślony

nieoczekiwana w tak młodym wieku drastyczność
dobrze rokująca wierszom na przyszłość

serce oddał kiedyś na zawsze takiej jednej
która pozostała tylko na fotografii

wmawiając mu na zawsze motyw
irracjonalnego odrzucenia

w słowach drogowskazu nie ma

Kiedy szron...


Kiedy szron...

kiedy jest szron
niebawem ziemię skuje lód

zimno pochłonie nawet wewnętrzną
ciepłotę ciała

a ona jest jeszcze taka mała...

nie udając
i nic nie zamierzając

tolerując wszystkie istoty
oddając im, co należne

jak być naturalny, jak sama natura?

Sławę zostawmy innym
i inne gotowe fakty

Zostawmy ją szczurowi,
który najszybciej tam dobiegnie.

W sobie można skryć się tak dobrze,
że nikt nas już nie odnajdzie.

Autentyczność i subtelność
nie objawiają się bezpośrednio

to wymaga czasu,
który nam jeszcze pozostał

kiedy ciemne zostaje strącone przez jasne
szkodę ponoszą obie strony

Kiedy oddanie zamienia się w twórczość
nie ma postępu ani regresu jest czyste trwanie

zastanawiasz się już, co będzie na śniadanie?

piątek, 16 grudnia 2011

Samooddanie...


Samooddanie...

Samooddanie
choć biorcze
szeroką naturą
niesie świat

żadnej krzywizny w księdze
być nie powinno

to niemożliwe
są one we wszystkich wielkich księgach ludzkości

nie jestem sługą żadnego boga
i by księga wolna była

od silnego ramienia trwogi
w duszy pachoła